Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GRUPA B. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GRUPA B. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 września 2013

Oblicze śmierci

B

Denis zrobił dwa kroki do tyłu. Na drodze stanęła mu gruba, zakapturzona postać, która miała na sobie długie, czarne okrycie. Brakowało jej tylko kosy, żeby wyglądać jak wyobrażenie śmierci. Nieznajoma postać wyjęła nóż, który chłopiec już gdzieś widział. Był to kuchenny nóż ubrudzony zaschniętą krwią. Zaczęła się zbliżać, a chłopak nie umiał się ruszyć. Zdjęła kaptur. Denisowi serce zaczęło bić szybciej, gdy zobaczył, że nieznajomym okazał się być jego własny, starszy brat Mariusz, którego zmienionego w zombi był zmuszony zabić. Twarz Mariusza wyglądała tak samo jak wtedy, gdy widział go po raz ostatni. Jego głowa była rozwalona, a z ran nie lała się już krew. Wtedy rozpoznał nóż. Należał do jego rodziny, był to ten sam, który zabrał z domu w najgorszy dzień swojego życia i który wbił przemienionemu bratu w plecy. Denis próbował się ruszyć, ale nie mógł. Patrzył w lodowate, niebieskie oczy brata i nie mógł odwrócić wzroku. Jego brat stał o krok przed nim. Chłopiec nadal patrząc w pełne nienawiści oczy brata usłyszał dźwięk rozcinającej się skóry i poczuł lekkie ukłucie w brzuchu. Strach wypełnił jego ciało. Obudził się...
Otworzył oczy. Brzoskwiniowy zapach świeżo umytych, długich, blond włosów Oliwii uspokoił go. Delikatnie uwolnił się z objęć śpiącej dziewczyny, wstał, ubrał  i poszedł do kuchni. Usiadł na krześle i wziął łyka zimnej wody.
Wtedy usłyszał dziwne głosy zza ścian mieszkania. Jęki sztywnych zmieniły się. Dołączył odgłos uderzania. Chłopak obudził Oliwię i Marcina. Wszyscy wzieli ze sobą nóż i rewolwery i zbliżyli się do drzwi. Dźwięki ucichły i nagle rozległo się pukanie do drzwi. Denis ruchem ręki nakazał towarzyszom, żeby byli cicho.
- To ja Marta. Wybaczcie, że zniknęłam bez słowa. Wszystko wam wytłumaczę.
- Pomóż mi. - zwrócił się Denis do Marcina.
Obaj odblokowali drzwi i je ostrożnie otwarli z bronią w gotowości. Zobaczyli Martę, a obok niej
stał średniego wzrostu brunet.
- Kto to? - zapytał podejrzliwie Denis.
Brunet zmierzył go wzrokiem.
- Jest w porządku. Uratował mi życie. W sumie to nam wszystkim... Ach, wejdźmy do środka, bo zaraz zjawi się tu więcej tych szwendaczy. - odpowiedziała Marta
- Wchodźcie. - powiedział Denis nadal trzymając broń w gotowości
Weszli do środka. Denis, Marta i nieznajomy chłopak usiedli razem przy stole, Marcin stał przy ścianie z rewolwerem w kieszeni, a Oliwia zaczęła robić herbatę.
- Wymknęłam się w nocy.. - zaczęła Marta - Chciałam przemyśleć parę spraw w samotności. Miałam zamiar wrócić jeszcze tej nocy, ale spotkałam psychopatę, który mnie śledził. Przez to byliście również zagrożeni póki z wami przebywałam. Prawdopodobnie było by już po mnie.. Ale wtedy zjawił się on.
- Nazywam się Paweł. Przypadkiem natknąłem się na nią jak jakiś psychol próbował ją zabić. Znalazłem się tam w porę by ją uratować.
- Co żeście robili przez cały dzień? - zapytał Denis
- Próbowaliśmy zgubić szwendaczy. - odpowiedziała Marta - Nie chcieliśmy wracać tutaj, bo nie chcieliśmy ściągać na was kłopotów. No i w końcu się udało. Od razu jak ich zgubiliśmy to zaczęliśmy wędrować aż tutaj. Paweł chce się do nas przyłączyć i uważam to za dobry pomysł.
- Mogę się przydać. - oświadczył Paweł
- Co wy na to? - zwrócił się Denis do Marcina i Oliwii
- Nie mam nic przeciwko. - rzekł Marcin - Będziemy mieć większe szanse na przetrwanie.
- No ja też nie. - powiedziała Oliwia
- No to... - zaczął Denis - Witaj w grupie. Ja jestem Denis, ten przy ścianie to Marcin, a ta dziewczyna, która niesie nam teraz herbatę to Oliwia. Będziesz spać na fotelu, bo nie ma więcej miejsca. Jutro przyniesiemy ci jakieś łóżko, albo znajdziemy lepsze mieszkanie.
- Dziękuję - odpowiedział z zadowoleniem Paweł.
Po chwili udali się spać. Czekał ich jutro trudny dzień.

Nastał ranek. Wszyscy doskonale zdawali sobie z tego sprawę, że dzisiaj jest dzień, w którym będą przeszukiwać wioskę. Po ubogim śniadaniu składającym się z kanapek z serem i owocowej herbatki udali się na zwiedzanie nowego miejsca. Zabrali ze sobą noże, rewolwery i amunicję do nich. Oliwia wzięła również swój łuk, kartkę i ołówek, ponieważ jej zadaniem było zrobić szkic mapy. Weszli do pierwszego domu. Było to duże mieszkanie o dwóch piętrach, białych ścianach i czarnych dachówkach. Posiadał duże okna, a w nich ozdobne firanki. W środku znaleźli prawie pełną lodówkę pożywienia, z czego większość nadawała się do spożycia, ubrania i medykamenty. W piwnicy spotkali się z dwoma sztywnymi, których przywitali wbijając im nóż w głowę. Znaleźli tam starą drabinę, która przydała się Oliwii, aby dostać się na dach jednego z budynków, który miał płaski dach. Miała teraz dobry widok na całą wioskę. Wioska była otoczona ze wschodu i północy lasem. Składała się z kilkunastu budynków różnych rozmiarów i wyglądów. Przez sam środek przepływała rzeka, a po północnej stronie znajdowało się małe jezioro. Usiadła na dachu, położyła obok siebie łuk, wyjęła kartkę i zaczęła rysować. Pozostali się rozdzielili i udali się przeszukiwać mieszkania. Na niebie pojawiły się ciemne chmury. Zbierało się na deszcz. Przeszukiwanie kolejnych domów wyglądało tak samo. Znaleźli pożywienie, narzędzia, albumy ze zdjęciami rodzin, ubrania, środki czystości i paru zombiaków. Dopiero Marcinowi się poszczęściło. No może i nie...
Wszedł do jednego z największych domów. W środku zastał bogato wystrojone wnętrze. Na ścianach wisiały obrazy w antyramach. Meble wyglądały na drogie i większość elementów była wykonana ze szkła. Na pierwszym piętrze w jednym z pokojów znalazł odtwarzacz CD, DVD i telewizor. Na półkach znajdowało się pełno płyt z filmami i różną muzyką. Każdy by tu znalazł coś dla siebie. W innych pokojach w szafach znajdowały się modne ubrania. W kuchni w półkach i lodówce znalazł pełno żywności, z czego mała część była popsuta. Znalazł też klucze do samochodu, domu i do garażu, który przyciągnął wcześniej jego uwagę. Był podekscytowany. Skoro tutaj są klucze, to gdzieś musi znajdować się samochód. Wyszedł, zamknął za sobą odruchowo drzwi i otworzył garaż. Pierwsze krople deszczu spadły na ziemię. Jego przypuszczenia się sprawdziły. W garażu znajdował się granatowy Opel Astra. Chciał obejść dookoła samochód, żeby go dokładnie obejrzeć. Niestety otwarta brama nie dała wystarczająco światła, żeby zauważyć stojącego w kącie zombiaka. Ten rzucił się na Marcina i obaj uderzyli o samochód. Marcinowi wypadły z ręki kluczyki do samochodu. Uderzenie aktywowało alarm w samochodzie. Na dźwięk alarmu każdemu zabiło szybciej serce. Wszyscy porzucili to co teraz robili i rzucili się do garażu. No oprócz Oliwii, która w tej chwili chowała pod płaszcz skończoną mapę, żeby nie zalał jej deszcz . Wzięła łuk do ręki, wstała i przyglądała się temu co się dzieje. Marcin sięgnął błyskawicznie po nóż i wbił go napastnikowi w głowę. Po czym go odepchnął i pod wpływem adrenaliny szukał kluczyków na podłodze. Znalazł je leżące obok opony, szybko je zabrał i wyłączył alarm. Do garażu przybiegł Denis, a zaraz po nim Marta z Pawłem.
- Co tu się stało?! - krzyknął Denis
- Ten sukinsyn zaskoczył mnie i przewrócił na samochód! - krzyknął wystraszony Marcin i wskazał leżącego na podłodze zombiaka
- Zaraz zejdą się tutaj sztywni z całej okolicy! - krzyknął Paweł
- Zajebiście.. - mruknęła pod nosem Marta
- Bierzcie broń. - powiedział surowo Denis i wybiegł z garażu
We wiosce zaczęło się pojawiać co raz więcej zombiaków. Chłopak rzucał się z nożem na każdego z nich, którzy stawali mu na drodze.
- Wychodzą z lasu! - krzyknęła Oliwia, która zauważyła biegnącego Denisa - Co tam się stało?
- Później ci opowiem. - powiedział Denis - Masz broń?
- Mam łuk i pistolet z pełnym magazynkiem. - odpowiedziała Oliwia
- Dobrze. - odparł Denis - Wciągnij drabinę na górę na dach i nie ruszaj się z miejsca. Zabijaj ich z góry.
- Okej, uważaj na siebie! - powiedziała głośno Oliwia
- Będę... - odpowiedział Denis.
Dziewczyna wciągnęła na górę drabinę, wzięła łuk i zaczęła strzelać. Chłopak eliminował za pomocą noża każdego zombiaka, który się do niego zbliżał. Po chwili zaczął tracić siły. Coraz więcej sztywnych nadchodziło z każdej strony, wyjął z kieszeni rewolwer i zaczął strzelać. Na początku trudno mu było trafić, ale z każdą minutą szło mu coraz lepiej. Nie umiał już dłużej utrzymać pozycji. Zombiaków było za dużo. Wycofał się i wbiegł do najbliższego mieszkania. Przewrócił drewniany stół, zablokował nim drzwi i odbierał życie (właściwie drugie) każdemu napastnikowi, który próbował przejść.

Marta weszła na balkon domu, który przed chwilą zablokowała od środka. Z tego miejsca z pistoletem w ręce uśmiercała każdego szwendacza, który znalazł się w pobliżu.
Paweł wszedł na wysokie drzewo i strzelał z pistoletu w każdego przechodzącego obok zombiaka.
Marcin z maczetą i rewolwerem stał się prawdziwym utrapieniem dla sztywnych.

Blokada nie wytrzymała. Coraz więcej zombi zaczęło się pchać i się przedostali do środka. Denis wbiegł na górę po schodach, a za nim sztywni. Chłopak zrzucał ich kopniakami i rozwalał głowy ostatnimi nabojami. Wiedział, że zaraz skończy mu się amunicja. Za ścianą domu rozległy się strzały. Sztywni przestali wchodzić do domu. Wtedy brakło mu amunicji, schował rewolwer i wycofał się na samą górę schodów, otworzył drzwi i wszedł do pokoju. Za nim weszło pięciu sztywnych. Denis wiedział, że nie ma największych szans. Zebrał w sobie całą złość i rzucił się na nich. Dwóch udało mu się zabić, dwoje kolejnych rzuciło się na niego i upadł prawym bokiem na szklany stół, który nie wytrzymał i się rozbił. Chłopak szybko wyjął pociętą szkłem rękę, na której leżał. Jego biała, cienka bluza zaczęła w tamtym miejscu ociekać krwią. Obrócił się na plecy, lewą ręką próbował ich odpychać, a drugą złapał za jeden z dłuższych i węższych kawałków szkła i wbił go jednemu z napastników głęboko w oko mordując go. Martwe zwłoki upadły przygniatając prawą rękę chłopca i nie mógł jej wyjąć. Pozostały w stojącej pozycji sztywny zaczął zbliżać się w stronę walczących. Denis nie mógł dłużej odpychać zombiaka leżącego na nim. Zaczął krzyczeć z bólu. Szkło wbijało mu się w plecy. Drugą rękę miał unieruchomioną, nie mógł nic zrobić. Leżący na nim napastnik szarpał go i uderzał i zbliżał się centymetr po centymetrze z otwartymi szczękami. Jego twarz znalazła się mniej więcej piętnaście centymetrów nad twarzą Denisa. Chłopak zamilkł i wpatrywał się w jego blade oczy.
- To koniec... - pomyślał Denis - Zawiodłem Oliwię i resztę. Obiecałem jej, że obronię nas obu, a teraz patrzę śmierci prosto w oczy i nie mogę nic zrobić. Kurwa... To nie może się tak skończyć...
Nawet nie usłyszał kroków po schodach. Usłyszał dopiero strzał i krew prysnęła mu na twarz. Chłopak zrzucił z siebie martwego napastnika z rozwaloną głową i zauważył Marcina który maczetą pozbawił głowy ostatniego w pokoju sztywnego.
- Nic ci się nie stało? - zapytał zaniepokojony Marcin
- Żyję. - odpowiedział Denis - Dzięki. Jeszcze chwila i by już było po mnie...
- Zostałeś ugryziony, albo zadrapany?
- Nie. Mam tylko pociętą rękę i plecy od szkła. Wracaj im pomóc, ja powyjmuję szkło, odkażę rany i je opatrzę. Gdzieś tu powinna być apteczka.
- Dobra, uważaj na siebie. Oddam ci swój rewolwer, przyda ci się.
- Dzięki.
Marcin oddał swój rewolwer Denisowi i pobiegł schodami na dół, a ranny chłopak zajął się ranami.
Rozpadało się na dobre.

Paweł nadal siedząc na drzewie został otoczony przez zombiaków, którzy nie umieli się na nie wdrapać. On również nie miał amunicji.

Marta nadal znajdowała się na balkonie. Do jej mieszkania przedarli się sztywni. Balkonu sięgała gruba gałąź drzewa, które stało obok domu. Złapała się za nią i zeszła po drzewie na dół. Zabiła nożem każdego szwendacza, który się na nią rzucił i zaczęła strzelać w każdego, który wychodził z mieszkania, z którego przed chwilą uciekła. Jeden z nich pojawił się w oknie. Marta strzeliła w niego, ale nie trafiła. Kulka rozbiła szybę i trafiła obok kuchenki. Prosto w butlę z gazem, która była schowana w jednej z dolnych szafek. Butla eksplodowała i uśmierciła prawię każdego zombiaka, który znajdował się w środku mieszkania. Martę eksplozja odrzuciła do tyłu i dziewczyna upadła na ziemię. Parter stanął w płomieniach. Eksplozja zwróciła uwagę reszty szwendaczy. Marta podniosła się, zabrała broń i usłyszała Pawła, który krzyczał, żeby się stamtąd wynosiła, bo cała reszta żywych trupów zmierza w kierunku mieszkania, które powoli staje w płomieniach. Chłopak zeskoczył z drzewa i omijając grupę sztywnych, którzy przed chwilą jeszcze znajdowali się pod drzewem pobiegł do Marty.
- Już ich nie zostało wiele! - krzyknął - Musimy wrócić po resztę i amunicję!
- Oby im się nic nie stało. - powiedziała Marta
Upewnili się, że na drodze nie ma zombi i pobiegli do mieszkania, w którym trzymali broń.

- Kurwa. - przeklął pod nosem Denis - Co to był za wybuch?
Chłopak z opatrzonymi ranami opuścił budynek i udał w stronę dymu. Zauważył, że cały budynek stoi w ogniu. Na szczęście padał deszcz, który nie dopuści do rozprzestrzenienia się pożaru i go z czasem ugasi. Wte usłyszał za jego plecami sztywnego. Chłopiec odwrócił się trzymając rewolwer i zrobił krok do tyłu. Tak niefortunnie stanął, że się poślizgnął na błocie i upadł. Rewolwer wypadł mu z dłoni i wpadł do kałuży. Przeciwnik rzucił się w stronę leżącego w błocie Denisa, który próbował znaleźć w kałuży jego broń. Wtedy padł strzał. Zombi upadł, a za nim zobaczył Denis swoją dziewczynę.
- Mówiłem ci, żebyś się nie ruszała stamtąd. - rzekł chłopak
- Martwiłam się. - odpowiedziała dziewczyna - Jak widać słusznie. Co ci się stało?
- Później opowiem. Masz jeszcze strzały?
- Mam.
- To daj mi rewolwer. Nie zostało już dużo tych zombiaków.

Marta i Paweł dotarli do domu. Wzięli broń i pobiegli z powrotem. Zauważyli też, że brakuje jednego karabinu maszynowego...

- Zrobię to. - powiedział do siebie Marcin
Chłopak w rękach trzymał karabin i celował w znajdujących się kilkanaście metrów od niego grupy zombi stojącej pod palącym się domem. Na jego widok ruszyli w jego stronę. Marcin po chwili walki ze samym sobą nacisnął spust trzymając mocno broń. Jej moc lekko nim potrząsała, ale była skuteczna. Czasami udało mu się trafić w głowę. Pozbył się w taki sposób kilkunastu zombiaków, czyli prawie połowę z pozostałych tam pod domem. Opuścił na ziemię karabin, jego ręce pulsowały i przechodził przez nie straszny ból. Cofał się powoli do tyłu i wyjął rewolwer. Za nim pojawił się Denis z Oliwią. W trójkę zaczęli strzelać do pozostałych sztywnych. Po chwili do tej trójki dołączyła również Marta z Pawłem. Razem pozbyli się reszty zombi. Przetrwali...
- Nic nikomu się nie stało? - zapytała Marta
- Wszyscy są cali - odparł Denis - Coraz mocniej pada. Musimy zabrać znalezione rzeczy i wrócić do mieszkania.
- Myślę, że warto przeprowadzić się do tego dużego domu z garażem. - rzekł Marcin - Chodźcie, pokażę wam.
Razem poszli zobaczyć nowe mieszkanie i poparli pomysł Marcina. Godzinę zajęła im przeprowadzka i przenoszenie znalezionych rzeczy. Broń również złożyli w nowym domu. Wszyscy po kolei się poszli umyć, po czym się przebrali, w świeże, nowe ubrania i spotkali się na kolacji, aby obgadać cały dzień.
Po kolacji wszyscy zmęczeni udali się spać. Denis z Oliwią spali w sypialni, a reszta w osobnych pokojach należących prawdopodobnie do dzieci. Denis był szczęśliwy, że dożył kolejnego dnia. Zawdzięczał to Marcinowi i od dzisiaj miał u niego dług...

wtorek, 17 września 2013

Nowe mieszkanie


 B

    Kilka godzin po tym, gdy wszyscy położyli się spać, obudziło ich straszne drapanie i jęczenie dochodzące zza drzwi na strych. Nikt nie zamierzał ruszać się z łóżek, bo wiedzieli, że to pewnie jedno, ewentualnie dwa zombi, ale nagle szafka, którą zabezpieczyli wywróciła się. Wszyscy po tym huku osłupieli i postawili się na proste nogi. Nagle otworzyły się też drzwi. Wszyscy prócz Marcina i Marty, bo nie było jej wtedy w łóżku, jak i w mieszkaniu, wyszli na korytarz zobaczyć co się stało i zobaczyli dość sporą grupkę sztywnych. Musieli być to poprzedni mieszkańcy tego domu. Było ich 7, byli różnego wieku. Najmłodszy miał może z 7-8 lat. Denis, jako iż był jedyny sprawnym wtedy chłopakiem wziął nóż i prosił Oliwie by mu pomogła. Dziewczyna bez chwili wahania i zastanowienia zgodziła się.
- Ufff, skończyliśmy. Ciężko było. Musimy sprawdzić czy ktoś jeszcze nie został na strychu, byśmy nie mieli kolejnej takiej niespodzianki. – Powiedziała dziewczyna.
- Jasne! To na co czekamy? – Odparł chłopak.                                          
Kolejne 15 minut Denis i Oliwia spędzili na przeszukiwaniu strychu. Gdy zeszli na dół zobaczyli, że trupów jest tylko 6, a na początku naliczyli 7 sztywnych. Od razu, bez zastanowienia pobiegli do pokoju, w którym czekał na nich Marcin. Zaraz przed wejściem zobaczyli plamę krwi na podłodze, przerażeni wbiegli z grymasem na twarzy do pokoju i zobaczyli leżącego Marcina w zakrwawionej  pościeli, trzymającego nóż. Marcin był przerażony po tym co się stało. Z trudem przełyka ślinę.
- Marcin! Jezu Marcin?! Żyjesz?! Boże Święty! – Wrzasnął przerażony Denis  
- Nieee, mi się nic nie stało, na szczęście miałem nóż pod poduszką na wszelki wypadek. Gorzej z szwendaczem. – Zażartował chłopak
- Wybacz nam, musieliśmy go przeoczyć podczas wybijania reszty. – Mówi Oliwia.
- Eeeee, a gdzie jest Marta? – Spytał przerażony Marcin
- Myśleliśmy, że była z Tobą całą noc. – Odpowiedział Denis.
- Obudziłem się i jej nie było, nie ma pojęcia gdzie jest. Kurde, a jak ona…….? – Mówi Marcin i w jego oczach było widać przerażenie i strach.
- Nawet tak nie myśl!! Jeżeli gdzieś poszła, to na pewno wróci! Miejmy nadzieje! – Denis starał się podtrzymać wszystkich na duchu.
    Kolejne godziny były dla nich nieprzespane i męczące, od słuchania zza okna jęczenia sztywnych. Gdy tylko słońce się pokazało na horyzoncie, zaraz zrobili śniadanie i wybrali się przeszukać cały budynek. Także Marcin się z nimi wybrał, bo nie miał już ochoty leżeć. Zaczęli od przeszukania pokoju gościnnego. Pokój był dość spory, na jednej ze ścian było wyjście na taras. Na zewnątrz był pięknie zdobiony ogród,  a także duże podwórko pokryte zieloną trawą. Za płotem był sad i ogródek. W pokoju było kilka szafek. Każdy zaczął przeszukiwać. Gdy Oliwia otworzyła jedną z dolnych szafek, zobaczyło coś co zszokowało ich wszystkich.
- O kurwa! Chodźcie szybko tu! – Wrzasnęła dziewczyna.
Chłopacy podbiegli przerażeni, że coś się stało.
- Boże, przecież teraz to możemy tu zostać na dłuższą chwile! – Powiedział uradowany Marcin.
- No tak, z tym to łatwo się żyje w czasach zombi… Ale jest mały problem, kto z nas potrafi tego używać?
- Jak na razie możemy używać zwykłych pistoletów ewentualnie rewolwerów, jest tam kilka więc starczy dla naszej czwórki. – Mówi Denis.
- Ale zauważ, że nie tylko są same pistolety i rewolwery, są też karabiny maszynowe. Kiedyś musimy się nauczyć z tego strzelać. Akurat mamy duże podwórko, wokół mnóstwo sztywnych, więc możemy popróbować prawda? – Zasugerowała dziewczyna.
- Jasne, ale to nie dziś. Dziś musimy dokończyć przeszukiwanie mieszkania. – Odpowiedział ranny chłopak.
Całą resztę dnia spędzili na przeszukiwanie domku. Nie znaleźli nic bardzo przydatnego prócz kilku latarek, baterii, radia, komórek i całej szafy wypełnionej płytami z muzyką i filmami. Lodówka była pełna jedzenia, niektóre było już zepsute i spleśniałe, ale większość była nadal zdatna do jedzenia. W szafkach kuchenny poznajdowali przeróżne herbaty, kawy, przyprawy.
- Musieli tu mieszkać bogaci ludzie. – Wyszeptała Oliwia.
- No tak, ten facet co postrzelił Marcina z balkonu musiał też pewnie tu przyjść, bo nie wyglądał jakby tu mieszkał. – Mówi chłopak.
     Wieczorem, tuż po kolacji otworzyli pudełko, które znaleźli w szafie z płaszczami.
- To pewnie jest ta rodzina, która tu mieszkała. – Z przykrością mówi dziewczyna
- Tak, z pewnością. Widać, że byli szczęśliwi.
W pudełku były albumy ze zdjęciami, a także różne pamiątkowe rzeczy. Dochodziła godzina 22:00, słońce już dawno zaszło za horyzont. Ciemno, na szczęście mieli akumulatory, które znaleźli w piwnicy. Mogli przez to mieć zasilony w prąd cały dom.
- A Marty jak nie było, tak nie ma! Ciekawe gdzie poszła, chyba by nas nie zostawiła. – Mówi przerażona Oliwia.
- Na pewno nie, zobaczysz, zaraz przyjdzie. – Pocieszał ją Marcin.
     Zaczęli powoli układać się do snu po długim i męczącym dniu. Na dworze nadal było słychać jęki, tego czegoś co niegdyś było ludźmi.

poniedziałek, 16 września 2013

Chcąc odpocząć.

  B    
      Czasami w życiu przychodzi taki moment, że zadajemy sobie pytanie ,,dlaczego?". Marta właśnie go przeżyła. Pod osłoną nocy wymknęła się ze swojej ostoi,  by przemyśleć parę spraw w zupełnej ciszy i spokoju. Starała się dojść do tego, co ją tu trzymało. Towarzysze, choć mili, nie byli jej przyjaciółmi, zaś obcymi osobami. Łączył ich tylko wspólny cel. Ale jaki? Przetrwanie?
           Dziewczyna usiadła na mokrym, zimnym kamieniu ,,dostaniesz wilka!"- zawsze powtarzała jej mama. Teraz zabrakło tej kobiety, jej niebyt wywoływał rażącą tęsknotę w sercu córki. Agata - bo tak miała na imię owa pani - mawiała też ,,Bóg tak chciał", lecz czy teraz powiedziałaby to samo?
- SKORO TAK CHCIAŁ TO JEST PIERDOLONYM EGOISTĄ, KTÓRY MA LUDZI ZA NIC. - krzyknęła Marta, sama do siebie, w pusty las. Echo roznosiło się w każdym kierunku, sprawnie zwiedzało skwerki, dziuple, nory, docierając tym samym do nieproszonego gościa.
            Rozkojarzona Marta wyjęła nóż, kiedyś ten sam służył jej do krojenia chleba, teraz wiadomo, że nigdy nie uda się go już pogodzić z tą rolą. Mając czas, bohaterka zdążyła się przyjrzeć nadchodzącemu zombie. -  Za życia nie był taki groźny - pomyślała. Zombie, które zmierzało w jej stronę mogło mieć za życia 9 lat, to chłopiec z włosami w kolorze blond i gustownym (choć już podartym) niebieskim płaszczyku. Myśl o niewinnej osobie, którą musiało to spotkać wywołała łzy. Pojedyncze krople spływały po policzkach, niedługo po tym usta wypełnił słonawy smak. Nie była do niego przyzwyczajona, płakała może cztery razy w życiu, czyli (jak ona twierdzi) o cztery za dużo. Ściskając mocniej nóż w dłoni powoli zbliżyła się do potwora. Pogładziła ostrze -  było jak nowe - w takich chwilach jak ta, można się cieszyć, że nie posiadało się tych drogich noży ceramicznych. Swoją drogą - są gówniane.
         Marta obierała punkt, miała czas, by perfekcyjnie wymierzyć w środek głowy zdechlaka. Odważnym, precyzyjnym ruchem wbiła lśniące ostrze w jego czaszkę. Po wszystkim przytrzymując nieruchome ciało umarlaka wyjęła szybkim pociągnięciem nóż z jego czoła. Odruchowo powąchała czerwoną od krwi stal i wytarła ją o spodnie.
 - Fuj... To obrzydliwe. Zawsze robisz takie rzeczy? - powiedział nieznany człowiek, stojący gdzieś za nią. Wyrósł jak spod ziemi. Marta zacisnęła dłoń w swojej pięści, teraz nie była w stanie się wyślizgnąć. - Dziewczyno, z taką zabawką to możesz co najwyżej ziemniaki obierać.
- Takie jest jej przeznaczenie. - odpowiedziała ochryple.
- Patrząc na to co zrobiłaś przed chwilą, mogę być pewny, że obieranie warzyw wygląda nieco inaczej. - uśmiechnął się podle.
- Facet nie będzie mnie uczył jak się posługiwać nożem kuchennym.
- Kuchennym to może i nie, ale mam coś co może Cię zainteresować. - szyderczy uśmiech nie schodził mu z twarzy, nawet gdy sięgał do walizki pełnej rozmaitej broni, pistolety, noże myśliwskie, scyzoryki, wszystko miał w swoim wyposażeniu.- To może być twoje.
     Marta wiedziała, że w nieznajomym jest coś niepokojącego. Czego mógł chcieć? Zaufać komuś takiemu to jak głaskać obcego psa - możesz zyskać przyjaciela lub stracić rękę. Można wiele ryzykować, ale wygrać nawet więcej.
- Czego chcesz? - cały czas zaciskała palce.
- Wsparcia, współpracy, przyjęcia do grupy.
- Skąd wiesz, że mam grupę?
- Można powiedzieć otwarcie: obserwuje Cię od sytuacji w kościele.. wiesz.. odkąd to wszystko się zaczęło.
- Jesteś chory. - wycofywała się mówiąc te słowa.
- A Ty nieostrożna. - złapał ją za gardło tak mocno, że zmusił ją do upuszczenia noża.
    Więc to tak umrę - pomyślała. - Mogłoby mi się stać cokolwiek innego w tym świecie krwi i zła, mogłam zostać zjedzona, rzucona na pożarcie...
- Nic Ci nie zrobię. Proszę o trochę posłuszeństwa czy t...? - Nie skończył mówić. Kula pistoletu przebiła mu brzuch, a jego martwe ciało upadło na zimną ściółkę. Marta powoli podniosła głowę znad czerwonej plamy krwi pod jej stopami, sytuacja była dla niej niezrozumiana. Niezidentyfikowana osoba najprawdopodobniej uratowała jej życie.
 - Śmiało, możesz dziękować - powiedział oschle wybawca, wyglądał na zmęczonego i wycieńczonego. Był średniego wzrostu brunetem, mniej więcej w jej wieku.
 - Dziękuje.. - opowiedziała cicho.
    Chłopak podszedł do zastrzelonego mężczyzny i powtórzył to, co zrobił wcześniej, tym razem w sam środek głowy. Brunet był przerażający, przed chwilą zabił innego człowieka, jakby było to dla niego rutyną.
  - Musiałem to zrobić, zmieniają się w te skurczybyki.. - powiedział tym samym ospałym głosem.
  - Skąd się tu wziąłeś?
                                                   ...

       

Nowe miejsce.

B

Sztywni otoczyli szopkę. Z każdej strony było słychać uderzanie i drapanie o drewniane ściany. Wiedzieli, że szopa długo nie wytrzyma i muszą się jak najszybciej wynosić.
Marta zaczynała się denerwować.
- Jak się stąd wydostaniemy? Lada chwila wedrą się tu do środka.
- Sami nie damy im rady, jest ich zbyt dużo - odparł Marcin
- Wejdę na dach, zeskoczę na dół i postaram się ich odciągnąć. Wy wyjdziecie bocznymi...
- Nie ma mowy! - przerwała mu Oliwia. - Nie mogę Ciebie stracić! Możemy się posłużyć się moim telefonem. Zostało mi w nim jeszcze odrobinę baterii. Włączę muzykę i wyrzucimy go przez okienko pod dachem. Wtedy będzie szansa na ucieczkę.
- W takim razie szybko - rzekła Marta. - Deski już zaczynają się łamać.
Denis zabrał od Oliwii telefon, włączył muzykę i ustawił jak największy głos.
- Obym trafił. - pomyślał w duchu.
Wziął zamach, rzucił i nie chybił. Telefon wyleciał przez okno i wylądował jakieś trzydzieści metrów od zombiaków. Prawie wszyscy z nich odeszli od szopy i rzucili się w stronę telefonu. Wtedy boczne drzwi otwarły się z hukiem. W czwórkę wyskoczyli z nożami w rękach i z całym bagażem na plecach. Każdy szwendacz, który wszedł im w drogę padał na ziemię ze świeżą raną od noża na głowie. Klimatu do ucieczki dodawał utwór Highway To Hell zespołu AC/DC wydobywający się z głośnika telefonu, który był obiektem zainteresowania większości zombiaków.
Grupie udało się uciec. Znaleźli się na ścieżce do jakieś wioski. Wywnioskowali to po tym, że w oddali było widać domy. Bez zastanowienia ruszyli do przodu.
Marcin odetchnął z ulgą.
- Udało się nam.
- Taa... - odparł Denis. - Najciekawsza pobudka w moim życiu. Nic wam się nie stało?
- Bywało lepiej - mruknęła Oliwia
- Jestem cała - rzekła Marta
- Ja też - powiedział Marcin - Macie jeszcze coś przydatnego w tych waszych plecakach?
- Solidny, drewniany łuk i jakiś tuzin strzał. Poza tym to jeszcze parę noży, trochę prowiantu, sznur i latarkę. - rzekł Denis
- Potrafisz strzelać? - zapytał
- Średnio. Za to Oliwia jest w tym bardzo dobra. A jak u was? Macie coś przydatnego?
- Poza nożami i żywnością? Niezbyt - odparł
Zatrzymali się. Znaleźli się przed małą wioską. Była bardzo zadbana. Na pierwszy rzut oka wyglądała jakby ominęła ją apokalipsa. Niestety cały obraz popsuły cztery zombiaki krążące po ulicy.
- Zajmijcie się nimi. - rzekł Denis - Zaraz was z Oliwią dogonimy. Musimy porozmawiać chwilę na osobności.
Marcin westchnął, wyjął nóż i ruszył w stronę szwendaczy. Marta podążyła za nim.
Jak już się oddalili Oliwia się odezwała.
- Zaufałeś im? W dodatku taki miły jesteś. Co się z Tobą stało? Byłam przekonana, że wyrzucisz ich z tej szopy jako przynętę, czy coś w tym stylu.
- Nie myślałem czysto. Nagle nas obudzili, mieli broń i zaufali nam pierwsi. Do tego... mam już dosyć bycia ciągle poważnym, silnym i ostrożnym. Nie mam już więcej sił, ten cały koszmar trwa już prawie tydzień. Przyda się trochę towarzystwa.
- Robisz co tylko możesz. Musisz odpocząć.
- Wszyscy musimy. Mam nadzieję, że tutaj coś znajdziemy. Ta wioska wygląda na...
- Ani kroku dalej! - Rozległ się dojrzały, męski głos - Wynoście się, albo tego pożałujecie!
Na balkon domu na przeciw, którego stali Marta i Marcin wyszedł facet w średnim wieku. Był gruby, a na jego krótkich, czarnych włosach można było zauważyć już siwe.- Wybacz. Nie wiedzieliśmy, że ktoś tu jest. - powiedział zaskoczony Marcin
- Teraz już wiecie. Daję wam dziesięć sekund. - wyjął z kieszeni pistolet i zaczął w nich celować.
Denis i Oliwia nadal niezauważeni przez mężczyznę zaczęli się skradać do przodu w stronę świeżo poznanych znajomych. Oliwia dobyła łuku.
- Spokojnie, już odchodzimy. Może powiesz nam gdzie znajdziemy jakieś schronienie? - zapytał jeszcze Marcin
- Ostrzegałem! - krzyknął mężczyzna
Rozległ się strzał. Marcin odchylił się do tyłu, po czym upadł na kolana trzymając się dłonią za lewe ramię. Jego ręka zaczęła ociekać krwią.
- Ty draniu! - krzyknęła Oliwia i wypuściła strzałę w stronę mężczyzny
Trafiła go w brzuch. Mężczyzna upadł na kolana jedną ręką trzymając się strzały, a drugą poręczy. Denis wbiegł przez drzwi do mieszkania w którym znajdował się ten facet, który w tym momencie próbował sięgnąć po broń. Chłopak go wyprzedził, zabrał broń, zrobił dwa kroki do tyłu i celował w głowę przeciwnika.
- Głupio zrobiłeś. - rzekł spokojnym tonem Denis
Mężczyzna zaczął się cicho śmiać. Wydobył z kieszeni nóż i chciał nim rzucić. Chłopak to zauważył i bez chwili wahania nacisnął spust. Bezwładne ciało osunęło się na ziemię. Zapadła cisza. Nastolatek po chwili zamknął oczy i zaraz je otworzył, odłożył pistolet i zszedł na dół do reszty. Marcin krwawił. Trzeba było wyjąć kulę i opatrzyć ranę. Pomogli mu wejść do środka mieszkania na którego balkonie leżał trup.
Ranny chłopiec usiadł na krześle w kuchni.
- Spróbuję wyjąć kulę. - powiedziała Marta, po czym odwróciła się do Denisa - Znajdź mi coś do dezynfekcji, chusteczki i jakieś tabletki przeciwbólowe. Oliwia. Ty mi poświeć latarką.
Denis znalazł chusteczki, bandaże, alkohol i paczkę aspiryny. Marcie udało się wydobyć kulę i zabandażować ranę.
- No to jesteśmy kwita. - zażartował Marcin
- No ja myślę. - uśmiechnęła się Marta - Bałam się, że coś schrzanię. Pierwszy raz w życiu bawiłam się w chirurga. Teraz najważniejsze żeby się zagoiło. Odpoczywaj, a my pójdziemy ogarnąć trochę to miejsce.
- Zbliża się wieczór. Pójdę pozbyć się trupa. - powiedział Denis
- Idę z Tobą - dodała Oliwia
Znieśli zakrwawione zwłoki po schodach na dół i wynieśli na zewnątrz wioski. Po drodze natrafili na kilka zombi, z którymi sobie spokojnie poradzili.
Jak wrócili czekała na nich skromna kolacja w kuchni przy świeczce. Marta przyrządziła ziemniaki wraz z pieczoną rybą.
- Oliwia, jutro śniadanie ty przyrządasz, ja nie będę tutaj gosposią. - zaśmiała się Marta
- Dobrze, ale Denis też jest chętny. Umie gotować. - roześmiała się Oliwia
- No dzięki. Jestem tutaj w tym momencie jedynym sprawnym fizycznie chłopakiem i mam jeszcze przy garach siedzieć. - odparł Denis
- Oj no już nie marudź. - powiedziała Oliwia i zasiadła do stołu
Po kolacji, zabezpieczyli wszystkie drzwi i okna. Jeszcze trzeba było rozstrzygnąć kwestię spania. W mieszkaniu na piętrze znajdowało się dwuosobowe i na parterze rozkładana kanapa na której zmieściły by się dwie osoby. Łózko było wygodniejsze, więc zgodzili się, że ze względu na swoją ranę będzie na nim spać Marcin wraz z Martą, ponieważ kanapę zajęli Denis z Oliwią.
- Znowu śpimy razem? - zaśmiał się Marcin
- Na to wygląda. - odparła dziewczyna
- Ten zapach krwii trochę przeszkadza. Nie czuję się tu bezpiecznie. - rzekł chłopiec
- Tym razem nie jesteśmy sami. - uspokoiła go Marta
- Wiem. Zaczynam się coraz bardziej do nich przekonywać. Cieszę się, że ich spotkaliśmy. Ale... - urwał Marcin - Co jak ten koleś tu nie był sam? W takim razie w każdej chwili możemy się spodziewać towarzystwa.
- Jesteśmy zabezpieczeni od środka. Jak ktoś spróbuje się tutaj dostać to wszyscy się obudzimy. Jest późno, kładź się spać.

Zapadła noc.  

niedziela, 15 września 2013

Kolejne dni...

B 
    Kolejnego dnia, gdy Marta leżała w łóżku, Marcin poszedł się porozglądać po okolicy, a przy okazji poszukać jakiegoś jedzenia, ponieważ poprzedni dzień był dla nich obojga bardzo męczący. Marcin wpadł na pomysł by pomóc jakoś Marcie i poszukać czegoś, co pomoże jej sprawnie się poruszać, bo gdy tak leży w łóżku to mają małe szanse na przeżycie, bo w końcu szwendacze także i tu się dostaną. Na całe szczęście, gdy Marcin rozglądał się po okolicy zauważył, że niedaleko ich miejsca pobytu był mały sklepik, więc mogli na dłuższą chwile tu zostać. Mijały dni za dniami, Marcie się polepszało, a zapasy zaczynały się kończyć. Gdy w sklepiku skończyło się jedzenie , stało się to czego się obawiali, a mianowicie musieli znaleźć inne miejsce schronienia. Dzień później opuścili bezpieczne miejsce i wyruszyli w poszukiwaniu nowego, bezpiecznego miejsca. Wzięli ze sobą trochę prowiantu, który zostawili specjalnie na podróż, a także noże, które znaleźli w kuchni tego budynku, w którym mieli schronienie. Przez całą drogę starali się nie zwracać na siebie uwagi, ale niestety musieli pozabijać kilkanaście grupek zombie, dlatego też pod koniec dnia byli wyczerpani. Zauważyli, że jakieś 200 metrów od nich jest pusty, dość przyjemny z zewnątrz domek, postanowili się do niego udać. Doszli do domku, ale obawiali się tam wejść. Był opuszczony od dłuższego czasu. Jego poprzedni właściciele pewnie wyjechali gdzieś przed epidemią. Weszli do środka. W środku nie zastali żadnej żywej ani nieżywej duszy . Przenocowali tam, a zaś kolejnego dnia, gdy tylko chcieli opuścić pomieszczenie zauważyli coś niepokojącego, a dokładnie to, że w szopie, w ogródku ktoś lub coś jest.
- Nie podchodźmy tam... - Wyszeptała przerażona Marta .
- Musimy to sprawdzić! A jak to będzie ktoś żywy? Przecież mamy noże, jak coś to się będziemy bronić! - Odparł.
- No tak, ale... - w pewnym momencie Marta umilkła i pokazała wskazującym palcem w stronę wychodzących zza szopki umarlaków.
- Szybko! Do środka! - Krzyknął Marcin.
Weszli szybko do środka, na pierwszy rzut oka była pusta, ale zobaczyli, że ktoś leży na sianie, a dokładnie 2 postacie człekokształtne. Podeszli do nich. Zauważyli sylwetki młodego chłopaka i dziewczyny, którzy właśnie spali na sianie. Natychmiast podnieśli się na proste nogi, przestraszeni, że podchodzą do nich nieumarli. Od razu Marta z Marcinem zaczęli ich wypytywać, czy nie są przypadkiem ugryzieni i jak się tu dostali.
- Jak macie na imię? - Spytała Marta.
- Ja się nazywam Denis, a to jest moja dziewczyna Oliwia. - Grzecznie odpowiedział jej chłopak.
- Miło nam was poznać. Ja jestem Marta, a to jest Marcin. - Odparła.
Marcin wziął na chwile Martę na bok.
- Jak myślisz, można im zaufać? - Spytał zdezorientowany Marcin.
- Moim zdaniem powinniśmy spróbować. - Przytaknęła. - Pierwsze wrażenie, które odparli na mnie było pozytywne.
- No to spróbujmy się do nich zbliżyć, poznać bliżej. - Poparł zdanie Marty.
Po niedługiej rozmowie wrócili do nowo poznanych znajomych, Denisa i Oliwii, i zaczęli ich wypytywać o wszystko.
- Jak się tu dostaliście? - Spytali razem, niemalże równocześnie.
- Wycieńczeni, ledwo żywi wydostaliśmy się z lasu, a dostaliśmy się jakoś bocznymi drzwiami, które zamknęliśmy od środka. Nie spaliśmy od dwóch dni, dlatego gdy tylko poczuliśmy się bezpieczni od razu położyliśmy się spać i spaliśmy aż do teraz. Jesteśmy w tej szopce od wczorajszego wieczoru. Gdy wędrowaliśmy przez las, uratowali nam życie dwaj policjanci, którzy obronili nas przed dużą grupą tych krwiożerczych bestii. - Z przykrością opowiadał im Denis. - A wy? Jak się tu dostaliście?
- My? To długa historia, kiedyś przy okazji się ją opowie. - Odparli z uśmiechem na twarzach.

sobota, 14 września 2013

,,Jak to się zaczęło?" W międzyczasie

B
,, - Wierzysz w Boga? - Wierzę, że ktoś kto stoi za tym całym szitem wie co robi"

    Tu gdzie była wszystko wyglądało jak nienaruszone. Kilka szczegółów zmieniło się, ale to wciąż była wiocha: w niej kilka domków, trochę pól uprawnych, ławeczek, sklepów. Tylko po co to wszystko? Nikt z tego nie korzysta. Nie słychać już rozmów, zabawy dzieci, wesołych, głośnych krzyków ,,GOOOL!" gdy tylko padnie bramka w lubianej przez większość mężczyzn piłce nożnej. Cisza. Epidemia rozpoczęła się niedawno, ale tu już nikogo nie było. Nikogo żywego oczywiście. Marta błąkała się już 7 dni od wsi do wsi, czasami zatrzymywała się w czyichś (właściwie już niczyich) domach, szukała prowiantu, przydatnych narzędzi. Spotykała tylko umarłych. Moment! Ni to żywych, ni to umarłych. 
   Słoneczko - pomyślała. Jedyna pociecha odkąd to wszystko się zaczęło. Delektując się cudowną pogodą, szła środkiem drogi, większe prawdopodobieństwo, że odnajdzie kogoś żywego np. odjeżdżającego samochodem. Dziewczyna starała się za wszelką cenę dotrzeć do Warszawy, czekał tam ktoś na nią, ktoś ważny. Rozmyślając szła, cały czas przed siebie, śpiewała sobie pod nosem, w takich czasach trudno jest znaleźć dobre metody na odstresowanie.
 - O cholera! - krzyknęła, bowiem jej noga wpadła właśnie w jedną z tych słynnych dziur na polskich drogach. Bolało niemiłosiernie, zawyła z bólu. Zauważyła, że trudno będzie jej funkcjonować z kończyną w takim stanie. Krzyk Marty wzbudził zainteresowanie okolicznych mieszkańców (tak, tych martwych). Musiała znaleźć schron, problem w tym, że była na środku pola, nie widziała nic. Po bolesnym przejściu wielu kroków poddała się. Usiadła pod drzewem, noga bolała coraz bardziej. Ostatnia rzecz, którą chciała zrobić to obejrzeć piękno świata, rozglądała się bardzo uważnie. Ratunek. W oddali zobaczyła starą stodołę, nie było to bezpieczne miejsce, ale w tej chwili okazałoby się zbawieniem. Źródło bólu było coraz większym ciężarem, ale starała się zrobić wszystko by dotrzeć do punktu. Biegła, kuśtykała, podskakiwała, poruszała się w każdy możliwy sposób, widziała światełko w tunelu.
   Cel osiągnięty. Stała przed swoją ,,oazą",zadała sobie pytanie ,,Co dalej"? Drzwi były zamknięte, walenie pięściami, krzyki, szarpnięcia, nie przynosiły efektów. Poddała się, wiedziała, że teraz czeka ją tylko śmierć. Dziewczyna płakała tak głośno, że coraz to większe grupki trupów zmierzały w jej stronę. Krzyczała coś o swojej rodzinie, ale nie dało się tego zrozumieć. To był skowyt, ryk.
                                                   
                                                            Drzwi stodoły uchyliły się
                                                                             ....
- Chciałaś się tu dostać, to zapewne chcesz tu zostać?- zapytał retorycznie. Przed wejściem było kilka tuzinów nieumarłych. - W każdym razie ja stąd spadam.
- Zostawisz mnie tutaj? - Marta była w lekkim szoku. Więc po co jej pomagał?
- To była propozycja, żebyś szła ze mną. - uśmiechnął się, po czym popatrzył na nogę nieznajomej. - Cholera.. No z tym to raczej trudno będzie. Poczekaj tutaj.
   Zanim zdążyła odpowiedzieć już go nie było, zwinnie wydostał się przez okno w tylnej części stodoły. Marta zapomniała, że nie powinno się ufać nieznajomym, powinna stąd spieprzać jak najszybciej, ale z taką nogą? Czekała, a drewno, z którego były zrobione ściany stawało się coraz cieńsze, znikało przez drapanie niezidentyfikowanych istot. Mijało coraz więcej czasu, teraz myślała o różnych sytuacjach życiowych z przeszłości, o tym co będzie jak się wydostanie, o tym jak wygląda jej rana... Wcześniej nie zdążyła się jej nawet przyjrzeć. To była otwarta rana, kość wystawała z piszczela, obrzydliwy widok. To powinno być operowane chirurgicznie, ale jedyne co jest możliwe to repozycja kości. Niesamowity ból przeszedł stopniowo z nogi, aż na całe ciało. Krzyknęła tym bardziej dając zaproszenie zombiakom. Nareszcie, chłopak wrócił, cieszyła się tak ostatnio z gwiazdkowego prezentu.
- W porządku, wiem gdzie jest bezpieczne miejsce, kawałek dalej jest jakiś dom. Jest otwarty. Idziemy. - powiedział, pomagając jej wstać.
- Jak ja mam iść? Ledwo siedzę... - mówiła.
- Dasz rade, to nie tak daleko. - pomógł jej wstać. - Przytrzymaj się mnie.
   Szli razem do celu około pół godziny, starali się zachowywać cicho, nie zwracać na siebie uwagi pod żadnym pozorem. Po drodze zmuszeni byli zabić dwójkę gnijących. Cała droga była dość prosta, niewyboista, szli przed siebie, on jej pomagał, a ona obserwowała czy są bezpieczni. Najtrudniejsze dla Marty było wejście po schodkach na werandę, gdyby nie było poręczy najprawdopodobniej w życiu nie udałoby jej się to. Weszli do środka, dom był już dawno niezamieszkany, najwyraźniej ktoś opuścił go jeszcze przed epidemią. Chłopak przeszukiwał wszystkie szuflady, szafki, by dostać się do leków przeciwbólowych i bandaży. Znalazł jakąś ścierkę, aspirynę i kilka mniej potrzebnych rzeczy jak np. przeterminowany syrop przeciwkaszlowy dla dzieci. Marta nareszcie mogła odpocząć, wzięła lek przeciwbólowy, opatrzyła ranę i położyła się na kanapie. Kilka godzin siedzieli w milczeniu, on pytał mniej więcej co godzinę ,,jak noga?".
- Chyba pora się położyć spać. Trzeba mieć energię. - zaproponował.
- Poszukasz drugiego pokoju, w którym jest miejsce do spania? - wciąż nie wiedziała, czy może spać z obcym człowiekiem w jednym domu, w każdym bądź razie, uratował jej życie.
- Musimy spać razem, gdyby jednemu z nas się coś zaczęło dziać, drugie możliwe, że nie miałoby czasu dobiec.
- Ach... Nie będę z tobą spać w jednym łóżku.
- Oczywiście, że nie będziesz. - zaśmiał się. - Mogę spać na podłodze.
- Nie... - Marta pomyślała, że byłoby to niesprawiedliwe. Dlaczego jej... bohater miałby spać na podłodze?- Rozłożę kanapę i możemy spać razem, odwrócimy się plecami, oddalimy i będzie w porządku.
- Skoro tak chcesz.
  Wspólnie pościelili łóżko, położyli się tak jak zamierzali, daleko od siebie i plecami. Leżeli tak długo, nie mogli zasnąć. Tyle myśli kłębiło się w ich głowach. Milczeli.
- Hej! Tak właściwie śpimy razem w łóżku, a nawet nie wiem jak masz na imię! - zaśmiał się kolejny raz, to już.. Trzeci? Czwarty? Jakoś tak. W każdym razie, było to przyjemne.
- Marta.
- Marcin, miło mi.