sobota, 7 grudnia 2013

Miły domek

Ada obudziła się o świcie. Przeszła przez małe mieszkanie, w którym się zatrzymali i poszła do kuchni.Wyjęła z szafki dwie miski i przetarła je jakąś szmatką. Otworzyła puszkę i napełniła naczynia. Postawiła miski na stole i rzuciła łyżką w chłopaka. Cyprian otworzył szeroko oczy i zaczął szaleńczo wymachiwać nożem przez co spadł na podłogę. Dziewczyna rozbawiona scenką zachłysnęła się i krztusząc się wypluła kęs mięsa na podłogę.
-Następnym razem mogłabyś mnie obudzić normalnie - powiedział zgryźliwie chłopak rozciągając się.
-Tak było więcej zabawy. Poza tym nie zmuszałam cię, żebyś ciął powietrze - stwierdziła - masz to twoje śniadanie - wskazała ręką na miskę. Chłopak błyskawicznie ją chwycił, po czym jeszcze szybciej odstawił.
-Ta breja jest zjadliwa? - spytał patrząc z obrzydzeniem na posiłek.
-Sam sprawdź - powiedziała i wzięła do ust kolejną porcję. Danie smakowało jak wyżuta guma, ale to jedyne co mieli. - Jeśli chcesz czegoś lepszego idź znajdź. Wczoraj ci nie poszło - dodała po chwili. Byli w mieście od dwóch dni, a jedyne co znajdowali to sztywnych i zgniłe jedzenie. Trudno się jednak dziwić. W mieście każdy kto pozostał zabrał długoterminowe jedzenie i uciekł jak najdalej, lub zabarykadował się w mieszkaniu.

***
Przemierzali przecznice pieszo wchodząc do kolejnych mieszkań. To co znajdowali było gorsze niż na obrzeżach. "Czy ludzie w mieście nie mogli kupować czegoś na wszelki wypadek?" Pytała się w myślach Ada. To co znajdowali w co drugim domu to alkohol. Mnóstwo alkoholu.
Dziewczyna nie mogła powstrzymać gniewu, więc gdy zobaczyła w kolejnym mieszkaniu sam trunek nie wytrzymała i cisnęła z całej siły butelką w ścianę. Wino spłynęło po ścianie niczym rozwodniona krew.
Chłopak przeszukujący sąsiedni pokój słysząc hałas od razu przybiegł z pistoletem w gotowości. Lecz zdziwił się widząc dziewczynę siedzącą na podłodze i obracającą w ręku kawałkiem zielonego szkła. Myślał, że zastała gromadkę zombie.Widząc na ścianie czerwoną plamę i kawałki szkła szybko odgadnął co się stało. Usiadł koło niej i spojrzał na jej ręce. Krew zaczęła spływać po jej palcach. Zdecydowanie za mocno ściskała dłonie. Delikatnie odebrał jej szkło. Wyjął z kieszeni kurtki bandaż i owinął jej wokół ręki. Ada się nie odzywała, a chłopak nie chcąc przerwać tej ciszy również nie zaczynał rozmowy. Siedzieli w pokoju przez chwilę po czym ruszyli na dalsze poszukiwania.
 
***
Niedaleko tymczasowej kryjówki trafili na uliczkę, w której stały same domki jednorodzinne. Połowa była tak zniszczona, że darowali sobie przeszukiwanie ich. Byli bardzo zdziwieni brakiem sztywnych. Na tej uliczce było bardzo cicho i czysto. Nie było walających się śmieci, trupów czy chociażby krwi. Nie przejeli się tym zbytnio  Idąc chodnikiem natrafili na dość mały domek, w porównaniu do innych. Dziewczyna pomyślała, że skromny domek może oznaczać zapasy.
Już od progu uderzyła ich nozdrza okropna, drapiąca w gardle woń. Nie był to zapach rozkładu, do którego Ada się już przyzwyczaiła. Było to coś zupełnie innego, choć brunetka wiedziała, że nie jest jej to obcy swąd. Chłopak zbytnio nie przejmując się fetorem wszedł na piętro mieszkania. Dziewczyna stała w wejściu, lecz myślami błądziła po zakamarkach swojej pamięci. Dopadały ją tylko wspomnienia dzieciństwa. Często jak zostawiło się włączoną kuchenkę to czuć było to, lecz nie tak intensywnie. Kuchenka...
-Gaz!-krzyknęła dziewczyna.
-Co?-odkrzyknął z góry Cyprian. Chłopak jej nie usłyszał, przez trzaskanie szafkami. To nic, wystarczy, że nie będzie wzniecał ognia. Czasy apokalipsy im sprzyjały ze względu na brak prądu w domu. Odetchnęła z ulgą. Nagromadzonego gazu było na tyle dużo, że spokojnie rozniesie całą tą chałupę.
Usłyszała przeciągnięty jęk na górze. Zombie.
-Ehh... Cyprian sobie poradzi z jednym - pomyślała - przecież ma broń. - I nagle doszło to do niej ma tylko pistolet. Sam stwierdził, że nie umie się posługiwać nożami i inną bronią białą. Szybko wybiegła z mieszkania, przy drzwiach słysząc dźwięk towarzyszący przeładowaniu pistoletu. Po chwili usłyszała wystrzał i eksplozję. Siła wybuchu odepchnęła ją kilka metrów w przód. Podczas lotu poczuła falę gorąca na plecach. Upadła na trawnik i zemdlała. Po paru minutach doszła do siebie i powoli próbowała wstać. To cud, że sztywnych nie było w pobliżu, ale nie ma co się cieszyć. Eksplozja była na tyle głośna, że zaraz ściągnie wszystkie z okolicy. Przy wstawaniu czuła przeszywający ból pleców i kłucie w okolicy żeber. Pewnie złamała parę przy upadku. Podeszła do pobliskiego drzewa i wzięła grabie. Były dobre do podpierania się i w razie spotkania sztywnych mogła trzymać je na odległość. Skierowała się w stronę mieszkania, w którym się zatrzymali. Wyjęła pistolet i trzymała go w gotowości. Już w połowie drogi zauważyła kilka nadciągających zombie. Były jeszcze daleko, ale mimo to dziewczyna przyśpieszyła i od razu poczuła mocniejszy ból w żebrach. Gdy już była przy drzwiach ostatni raz się odwróciła. Sztywni nadchodzili ze wszystkich stron na ucztę. Szybko zamknęła i zabarykadowała drzwi.
Obejrzała plecy w łazience. Nie wyglądały dobrze, ale lepiej niż sądziła. Zdjęła bluzkę, a raczej strzępy. Kawałki ubrań przyczepiły się do pleców, a oderwanie ich było bardzo bolesne. Poczuła się jakby zdzierała skórę. Nie było to nietrafne odczucie, gdyż ciuchy odchodziły ze skórą. Zabieg oczyszczania dopełniło obfite polewanie wodą. Znalazła w apteczce maść na oparzenia i grubo posmarowała plecy, po czym obandażowała się ciasno bandażami elastycznymi, żeby żebro miało jakieś usztywnienie.
Podeszła do okna sztywni szukali ofiary. Były ich dziesiątki. Ale dziewczyna i tak nie zamierzała wychodzić w najbliższym czasie. Samochód stał bezpiecznie w garażu, a ona w domu. Jeśli będzie zachowywać się cicho trupy w ciągu paru dni rozejdą się, a ona zdąży wyzdrowieć. Ada zasłoniła okna kocami i ręcznikami. Żadne światło czy ruch nie mogło zdradzać jej obecności. Zaczęło robić się coraz zimniej na dworze, ale brunetka nie miała jak napalić w kominku. Była zbyt zmęczona. Założyła więc kilka znalezionych ciuchów i zebrała z całego domu kołdry i różne nakrycia. Czując się w miarę bezpiecznie, otulona w kilka kołder położyła się spać z nożem w gotowości.


poniedziałek, 2 grudnia 2013

Randez vous z truposzami.


Witam :) kolejna informacja od autorki. Notka pomysłem jest Mikołaja, ale napisałam ją prawie całą od poczatku zmieniają niektóre wątki, także też trochę się zmęczyłam przy tym ;) Mam nadzieję, że będzie się podobać :) pozdrawiam
************************************************


 Podeszła do śpiących chłopaków cicho jak myszka. Chwilę ich obserwowała, po czym podeszła do jednego z nich i trzymając nóż w gotowości, szepnęła:
- wstawaj, kimkolwiek jesteś – Jak się spodziewała, reakcji nie było więc jeszcze raz powtórzyła, tym razem głośniej:
- Wstawaj – Mikołaj obudził się ledwo, wyglądał jak zombie z przekrwionymi oczami. Odezwał się półprzytomnie: - Kim Ty jesteś i jak tu weszłaś, przecież pozamykaliśmy wszystko … - I zasnął ponownie, nim doczekał się na odpowiedź. Dziewczyna nie wytrzymała i wrzasnęła dobitnie:
- Wstawaj, bo Cię pokiereszuję! – Tym razem Mikołaj nie pomylił rzeczywistości ze snem i obudził się. Konrada także obudził donośny głos dziewczyny.
- Odpowiadajcie, jak się tu dostaliście?        
- Słuchaj, odłóż nóż, to porozmawiamy – Powiedział spokojnym głosem Konrad.
- Chciałbyś! Nie ma mowy! – odpowiedziała dziewczyna hardo. Stała zbyt blisko Mikołaja i nie była zbyt uważna, bo ten wytrącił jej nóż z ręki, ale nie zauważył, że za plecami chowała jeszcze tasak. Dziewczyna wystraszona, zamachnęła się na młodszego chłopaka. Mikołaj nie zdążył się odsunąć i został ranny w ucho. Rana duża nie była, ale krwawiła obficie. Konrad widzac to, rzucił się na dziewczynę i ją obezwładnił. Związali jej ręce i kazali usiąść na krześle. Wykonała ich polecenie całkiem niechętnie, ale nie miała wyboru. Męska cześć tej imprezy zaczęła pytać o różne rzeczy: kim jest, co tu robi, czego chce. Dziewczyna się nie odzywała, co Mikołaja tylko podburzyło i wziął jej nóż do ręki i:
- Albo zaczniesz mówić, albo zobaczysz do czego jestem zdolny – mówiąc to przejechał lekko nożem po jej twarzy. Dziewczyna wystraszyła się, ale milczała nadal.
- Zaczniesz mówić czy nie?- Podniósł głos chłopak
- A co chcesz wiedzieć cieciu? – Mikołajowi skoczyło ciśnienie, wbił nóż w stół i wycedził przez zęby:
- Zawsze bądź miła, dlatego kto ma broń.
- Jak chcesz, to mnie zabij.
- Uwierz, że mogę zrobić coś gorszego, jeżeli będziesz mnie doprowadzać do szewskiej pasji. – Uśmiechnął się. Konrad przyglądał się dotąd milcząco, ale w końcu odezwał się :
- Odpuść jej –
- Ona chciała Nas zabić i mam za to jej odpuścić?
- Tak, Masz jej odpuścić – twardo stwierdził Konrad.
- Bo co mi zrobisz? – Mikołaj był coraz bardziej zły.
- Nic. Zostaw ją i tyle.- Konrad odsunął młodszego kolegę i odezwał się do dziewczyny:
- Wybacz za niego, ale jest trochę porywczy. Przez długi czas był sam. Ma dosyć nieprzyjemne doświadczenia z obcymi. – Dziewczyna na to uśmiechnęła się do Konrada i odpowiedziała:
- Zdążyłam zauważyć, że nie do końca jest normalny.
-  To może się przedstawisz, i powiesz nam trochę o sobie? – Zaproponował Konrad.
- Milej by mi się opowiadało, bez związanych rąk i poczucia braku bezpieczeństwa…
- A no racja – i Starszy chłopak uwolnił dziewczynę. Mikołaj w Tym czasie stał gdzieś z boku i się denerwował. Wiedział jednak, że nie może pozwolić swoim instynktom panować nad sobą.
- Kiran. Jestem Kiran. A to dom mojej siostry. Kiedy tylko to wszystko- tutaj pokazała rękami wielki okrąg – się popsuło, zebrałam się w sobie i przybyłam tutaj najszybciej jak mogłam. Nie było to łatwo i zajęło mi to trochę czasu. Kiedy dostarłam niestety, nikogo już tutaj nie zastałam. Znając jednak moją siostrę i jej zamiłowania, wiedziałam, że tutaj będzie mi bezpiecznie. – zakończyła, jakby chcąc jeszcze coś powiedzieć, jednak po dłuższej chwili, niczego już nie dopowiedziała. Siedziała ze spuszczoną głową. Mikołaj podszedł do dziewczyny, wziął ją za rękę, podniósł z krzesła i wytarł łzy. Ona przytuliła się w podzięce, szybko jednak puszczając chłopaka, przypomniawszy sobie jego wcześniejsze zachowanie. Mikołaj uśmiechnął się lekko.
- Mam nadzieję, że możemy Ci zaufać. – Mikołaj w tym momencie wyciągnął rękę do Kiran. Ona pociągnęła nosem, podała mu swoją i powiedziała:
- Myślę, że nie ma problemu. Jesteście może głodni? W piwnicy mam dużo przetworów, a w spiżarce są konserwy i suszone mięsko. Moja siostra myślała naprawdę o wszystkim.
- Mam nadzieję, że żyje, bo nie spotkaliśmy na swojej drodze zbyt wielu żywych – Powiedział Konrad do dziewczyny.
- Myślę, że jak się to zaczęło to wyjechała, bo brakuje ubrań, rzeczy i samochodu. Chcę, żeby żyła. To moja jedyna siostra, bliska mojemu sercu.  – Wszyscy razem ruszyli na przeszukanie spiżarki. Chłopcy jeszcze nie do końca ufali Kiran, dlatego pilnowali jej. Ale jak tylko ujrzeli co ma do jedzenia, nie mieli obaw. Zabrali się za pałaszowanie jedzenia. Było tam wszystko, a do popicia pyszny kompot!
Kiedy już szczęśliwi, z pełnymi brzuszkami odeszli od stołu, poszli położyć się spać. Kolejnego dnia rano, wstali wyspani i w całkiem dobrych nastrojach usiedli do stołu. Po zjedzeniu śniadania, zaczęli rozmowę przy kawie, na temat domu i okolic. Mikołaj, po tym co usłyszał od Kiran, stwierdził, że przydałoby się zrobić porządny zwiad wioski. Reszta się z nim zgodziła i zaczęli przygotowania do wyjścia.

W pierwszych domach nie znaleźli nic ciekawego, nawet jakiś dużych ilości zombie nie spotkali. Starali się jednak mimo wszystko zabierać to co mogło przydać się im w przyszłości. Po jeszcze kilku domach natknęli się na dosyć podejrzany dom, bo na podwórku znajdowało się małe stadko chodzących umarlaków, a drzwi do domu były wyrwane z zawiasów. Pozbyli się zombiaków dosyć szybko i cicho, żeby nie sprowadzić ich więcej na siebie. Mikołaj znając obrzydzenie Konrada do ubijania zombie powiedział:
- Wejdę do domu sam i przeszukam go, a wy pilnujcie wyjścia, żeby żaden nas nie zaskoczył.
- Chyba śnisz, nie pozwolę Ci, żebyś zginął przypadkiem, bo zachciało Ci się bohaterować. – odezwał się dziarsko Konrad. Kiran też wyciągnęła przed siebie swój topór, stając w bojowej pozie.
- jak tam chcecie, ale wolałbym Was tutaj. – zniesmaczony chłopak ruszył do domu, od razu kierując się na schody prowadzące na pierwsze piętro. Coś go przyciągało. Konrad i Kiran poszli przeszukać parter. Mikołaj szedł przed siebie, ale że dom należał do tych dużych, to sprawdzał każdy pokój. W pierwszym z brzegu zobaczył dwóch zombie, kończących swoją ofiarę. Był nią jakiś facet po czterdziestce, a właściwe już resztki. Mikołaj zabił oba potwory mocnymi machnięciami siekiery, oraz dobił resztki osobnika zjadanego. Poszedł dalej, do kolejnego pomieszczenia, gdzie niestety znowu widział tragiczny widok. Następne pokoje były puste. W przedostatnim pokoju całe stadko zjadało jakąś rodzinę. Smutny widok, ale najbardziej rozgniewał Mikołaja widok, jak dwa żywe trupy rozrywały małe ciałko dziecka. Nie mógł tego znieść, wpadł w wielki szał. Jak wpadł do pokoju, to nic nie mogło go zatrzymać. Część Zombiaków wypatroszył siekierą, część wykończył nożem. Jednemu wbił nóż głęboko pod gardło, trafiając do mózgu. Niestety nie zauważył jednego z nich, jedzącego jakąś nogę pod drzwiami. Ale miał szczęście, Bo Mikołaj i Kiran mieli trochę mniej zabijania na dole i zdążyli już dojść do chłopaka. Widzieli tą masakrę, którą zrobił i zabili ostatniego Zombiaka, który miał w zamiarze zjedzenie mordercy swoich współtowarzyszy. Całą ekipą dobili ruszające się resztki umarłych i kiedy już wychodzili, Mikołaj usłyszał głos z szafy:
- Czy… czy mogę Wam zaufać? – cichutki kobiecy głosik, sprawił, że Mikołajowi zjeżyły się włosy na karku. Otworzył nieufnie szafę, przygotowany do obrony, ale to co zobaczył sprawiło, że padł na kolana i się rozpłakał.
- To naprawdę Ty? – spytał dziewczyny. To była Jola, jego dziewczyna, której poszukiwał, nim poznał Konrada. Dziewczyna podeszła do niego i też przyklęknęła i przytuliła się do niego. Przez chwilę trwali tak, przytulając się na klęcząco. W końcu oboje podnieśli się. Mikołaj złapał twarz swojej ukochanej w ręce i pocałował ją. Po chwili ciszy, Konrad zapytał:
- Czy Ci tutaj i reszta, to Twoja rodzina? – Dziewczyna nie odpowiedziała, tylko smutno pokręciła głową. Nie mogła się patrzeć dokoła, bo od razu zaczynała płakać. Pozbierali się szybko stamtąd i wyszli z domu. Nie mogli tam więcej przebywać, gdyż było to zbyt straszne dla Joli. Po tych przeżyciach nie mieli już sił na dalsze poszukiwania, postanowili więc wrócić do domu Kiran.  Było coraz później, dlatego wydał im się to idealny plan. Jola nie wyglądała zbyt dobrze, więc musieli się nią zająć, nakarmić i wesprzeć psychicznie. W końcu poszli spać. Kiran i Konrad pozwolili Mikołajowi i Joli nacieszyć się sobą, więc dali im osobny pokój. Najpierw zakochani rozmawiali przez pół nocy, aż w końcu zasnęli w swoich objęciach.

Kiedy kolejnego dnia Kiran i Konrad obudzili się, zauważyli że Jola i Mikołaj nawet nie zeszli na dół i prawdopodobnie są jeszcze w łóżku.
- Lepiej ich nie budzić. Tyle czasu się nie widzieli, że pewnie próbowali nadrobić stracony czas, w każdy możliwy sposób– powiedziała Dziewczyna i uśmiechnęła się szeroko do Konrada. Ten roześmiał się, bo zrozumiał częściową aluzję Kiran. Oboje poszli do kuchni przygotować śniadanie.
- Myślisz, że musimy zanieść im do łóżka jedzenie? Może są tak wyczerpani, że nie potrafią doczołgać się na dół – zażartował starszy chłopak.
- Nie. Za dobrze im by było, jeszcze by się przyzwyczaili… - Kiran pokręciła nosem z uśmiechem i zaczęła jeść swoje śniadanie. Konrad też nie próżnował. W końcu doczekali się też na zakochane gołąbki. Dołączyli do posiłku i rozmów o wszystkim i o niczym.
Kiedy już odpoczęli po jedzeniu, starszy z chłopaków stwierdził, że trzeba byłoby przetkać komin, bo coraz zimniej się robi, a cieplej już nie będzie. Dziewczyny zgodziły się, i zaproponowały, że one zajmą się w tym czasie ogarnięciem i posprzątaniem domu.
Chłopcy poszli poszukać drabiny i kiedy udało im się ją odnaleźć, musieli zdecydować, który z nich wejdzie na dach.
- Ja mam lęk wysokości. – Powiedział Mikołaj uprzedzając Konrada, który chciał coś powiedzieć.
- To niesprawiedliwe… Ja też…. – odpowiedział w końcu. Oboje się uśmiechnęli.
- No to mamy problem. – Mikołaj przez chwilę myślał, po czym zaproponował grę w marynarzyki. Próbowali kilka razy i w końcu wypadło na młodszego chłopaka.
- Ni nic no, muszę się ogarnąć i wykonać zadanie. Ale to był Twój pomysł i to Ty powinieneś tam wchodzić! – Powiedział Mikołaj do starszego kolegi. W końcu wszedł, chybocząc się po drabinie i przetkał ten cholerny komin. Kiedy już spocony, skończył i obaj poszli do domu, okazało się, że dziewczyny prawie kończyły, uszczelniły co się dało, posprzątały wszystko.
- Wychodzi na to, że my się opie*dalamy, a dziewczyny są superbohaterkami… - Powiedział Konrad po czym rzucił się na pomoc dziewczynom. Kiedy już skończyli ogarniać, Mikołaj powiedział:
- Na sąsiedniej posesji widziałem ładny stos drewna na opał. Może wybierzemy się po to? – Po chwili zastanowienia Konrad pokiwał głową. Więc chłopcy znowu się ogarnęli, przygotowali do wyjścia.  Dziewczyny postanowiły ugotować jakiś smaczny obiad w tym czasie.
Najpierw znosili drewno rękoma, ale taka praca była strasznie męcząca i mało bezpieczna, ze względu na szwędające się zdechłe truchła.
- Jakieś 3 domy dalej widziałem taczkę sporych rozmiarów, może pójdziemy po nią ? – Zaproponował Mikołaj, kiedy już nie starczało im sił na noszenie. Konrad zgodził się i poszli po nią. Niestety kiedy weszli na posesję, okazało się, ze nie jest pusta, jak się najpierw wydawało. Zombiaki zaatakowały chłopców z Nienacka. Nie zauważyli ich, dlatego nie byli na to przygotowani. Konrad źle sobie stanął, i pod naporem ciał coś mu stało się w stopę. Jednego z żywych trupów udało się mu ubić, ale drugiego jakoś nie potrafił trafić. Mikołaj miał o tyle łatwiej, że jego atakujący był w gorszym stanie, więc wbicie się w czaszkę było prostsze. Udało mu się z nim uporać bardzo szybko i rzucił się na pomoc starszemu koledze. Zabił ostatniego z tych potworów i podał rękę Konradowi, by pomóc mu wstać. Ten syknął z bólu.
- Nic Ci nie jest? – Zapytał Mikołaj.
- Chyba skręciłem sobie kostkę. – Obaj zamilkli w poszukiwaniu jakiegoś wyjścia.
- Wiesz co, wezmę jakiś kij i dojdę jakoś do domu – Powiedział po chwili Konrad i zaczął rozglądać się po podwórku. Mikołaj jednak go wyprzedził i dał mu do ręki kij, który leżał obok chłopaka. Ruszyli do domu, jednak starszy chłopak szedł bardzo powoli, a to sprawiało, że stawali się łatwym celem dla zombie. Mikołaj nie wytrzymał i głosem nie znoszącym sprzeciwu powiedział:
- Wsiadaj na taczkę, zawiozę Cię. Będzie szybciej i zdążę jeszcze zwieść resztę drewna. – Konrad chcąc, nie chcąc musiał wtaszczyć się na taczkę. W tym powozie dojechali szybko pod dom, a tam już stały niecierpliwiące się na powrót chłopaków dziewczyny.
- Co się stało!? – Zapytała zdenerwowana Kiran, Kiedy ujrzała tą scenę.
- Nic takiego, małe randez vous z truposzami. A mi noga musiała wysiąść – próbował uśmiechnąć się Konrad. Jakoś zwlókł się z taczki i z pomocą Kiran wszedł do domu. Mikołaj ruszył z taczką do wyjścia.
- Stój! A Ty dokąd? – Jola zatrzymała swojego chłopaka. Jednak ten delikatnie zdjął jej dłoń ze swojego ramienia. Odwrócił się do niej, przytulił i powiedział:
- Idzie zima, zamarzniemy bez drewna, a kto teraz, jak nie ja ma to załatwić? – Po czym wypuścił ją z objęć i ruszył wykonać swoje zadanie.
Zwiózł całe drewno, był zmęczony niemiłosiernie. Ale pamiętał o tym, by zamknąć bramę za sobą i nastawić pułapki. Wchodząc do domu, zamknął za sobą drzwi i ruszył do pokoju, by się położyć. Jola poszła za chłopakiem, chcąc dowiedzieć się jak się czuje. Zasnął zmęczony koszmarnie, a dziewczyna położyła się obok niego i także poszła spać. Reszta grupy też położyła się i zasnęła, bo dzień był bardzo męczący, a kolejne miały być jeszcze gorsze…




sobota, 30 listopada 2013

Otoczeni cz. 1

– No już, obudź się! – Ktoś potrząsał nim mocno. Z trudem rozchylił powieki i niemal natychmiast tego pożałował; przez ogromne okna wlewało się do pokoju niezwykle jasne światło, aż oczy bolały. Zamrugał kilkakrotnie, by przyzwyczaić się do zmiany, po czym skupił się na Oli. Wyraz jej twarzy sprawił, że niemal natychmiast się otrzeźwiał. – Co jest? – zapytał, będąc już niemal pewnym, że nie spodoba mu się to, co usłyszy. – Sztywni. Otoczyły dom. – Szlag. – natychmiast się podniósł i rozejrzał dookoła w poszukiwaniu broni. Ola podała mu jego karabin bez słowa. Kątem oka zauważył, że cały ich dobytek – spakowany w nowe, zdecydowanie większe plecaki – jest już gotowy do drogi. Pytanie było tylko jedno: jak się stąd wydostać? – Jak bardzo jest źle? – spytał, posyłając dziewczynie zmartwione spojrzenie. – Chodź i sam zobacz. Poprowadziła go ku schodom.
***
– Jak mogliśmy zapomnieć o sprawdzeniu ogrodzenia?! Z pierwszego piętra można było dostrzec znacznie więcej niż z parteru. Po ogrodzie krążyła cała horda zimnych, co najmniej trzydzieści ciał. Nie wyglądało to zbyt obiecująco. Chłopak cały czas próbował przeanalizować ich sytuację, znaleźć jakieś wyjście. Skąd wzięło się ich tyle, skoro wczoraj nie zauważyli ani jednego? – Daj spokój. Nie ma sensu obrzucać się teraz oskarżeniami. – W głosie Oli słychać było wyraźne znużenie. – Żadne z nas nie miało do tego głowy po... Sam przecież wiesz. O tak, pamiętał. Mały mutant, który rozszarpał brzuch swojej matce, by wyjść na zewnątrz. Ten widok istotnie był wstrząsający. Wytrąciła ich z równowagi świadomość, że te kreatury mogą przechodzić na kolejny poziom, że to może coś więcej, niż tylko pojedynczy przypadek; lecz nie usprawiedliwiało to kompletnego braku ostrożności, jakim się wykazali. Teraz Piotrek widział, jak bardzo niebezpieczne były takie pomyłki. Poprzysiągł sobie, że nigdy więcej nie dopuści, by sytuacja tak bardzo wymknęła się spod kontroli przez zwyczajną głupotę. O ile wyjdą z tego żywo. – Więc... Jakieś propozycje? – zapytał w końcu, by przerwać panującą ciszę. Ola jedynie pokręciła głową, z ponurą miną przyglądając się sztywnym na podjeździe. – W takim razie rozejrzyjmy się po domu. Może uda nam się znaleźć coś przydatnego – powiedział Piotrek, siląc się na lekki ton. Sam jednak nie był przekonany co do powodzenia tego przedsięwzięcia. Na chwilę obecną sytuacja wydawała się tragiczna. Sprawdzili kuchnię i spiżarnię, lecz oprócz zepsutego jedzenia nie znaleźli nic, co byłoby w jakikolwiek sposób jadalne. Nie mogli liczyć na to, że uda im się przeczekać i wyjść w najbardziej dogodnym momencie; nigdy nie było wiadomo, ile trzeba by było czekać na poprawę sytuacji, a biorąc pod uwagę fakt, że nie mieli praktycznie żadnego prowiantu, trzeba było przygotować się na scenariusz znacznie bardziej niebezpieczny – starcie ze sztywnymi na zewnątrz.

Nieproszony gość

Wychodząc z mieszkania zauważyła faceta grzebiącego w jej samochodzie. Przetarła oczy. To nie były omamy. Żywy człowiek zainteresował się jej kamperkiem. Musiała działać szybko, żeby to ona wyszła żywo z tej sytuacji. Szatyn chyba nie spodziewał się przybysza, żywego lub też nie w pełni, gdyż zostawił otwarte na oścież drzwiczki. Brunetka wyciągnęła pistolet i wślizgnęła się do pojazdu.
-Stój, odłóż wszystko co masz w rękach i wyjmij broń. Tylko nie próbuj żadnych sztuczek, chyba, że chcesz zarobić kulkę w łeb - powiedziała do odwróconego mężczyzny. Ten wykonał polecenie i powoli się odwrócił. Wyglądał na nieletniego, miał może szesnaście, siedemnaście lat.
-Spokojnie, nie chciałem okraść osoby, która walczy o przeżycie. Myślałem, że ktoś zostawił wóz, a później został zjedzony -powiedział drżącym głosem.
-No, teraz już wiesz, więc zapraszam do drzwi i miłej drogi - stwierdziła opryskliwie i wskazała drzwi.
-Czekaj, chcesz mnie wystawić na pastwę sztywnych? - spytał.
-Radziłeś sobie tyle czasu, więc teraz też sobie poradzisz - powiedziała - a teraz idź, trochę mi się spieszy.
-Jestem Cyprian. Proszę cię, pomóż mi - rzekł i wyciągnął do niej rękę.
-Dlaczego miałabym ci pomagać?
-Ponieważ sam sobie nie poradzę. Chcesz mieć żywą osobę na sumieniu? Przecież wiesz, że długo sobie nie poradzę.
Dziewczyna musiała się zastanowić. Obcy chłopak nie próbował jak do tej pory zabić jej, ale to mogła być pułapka. Mógł tylko sprawiać wrażenie nieszkodliwego i przyjaznego, a tak naprawdę mógł tylko czekać, aż brunetka straci czujność. Czy mogła mu ufać? Może powinna spróbować. W końcu w grupie siła, jak to mówią. Schowała broń i zbliżyła się do gościa.
-Ada - powiedziała i uścisnęła dłoń chłopaka.
-Czyli grupa? - spytał widocznie rozluźniony.
-Wole określenie tymczasowy sojusz.
Dziewczyna wzięła puszkę fasoli i podała chłopakowi. Przejrzała też broń, którą miał. Nic specjalnego rewolwer i nożyk wielkością przypominający scyzoryk. Była zdumiona jak z tym orężem przetrwał. Według niej przy pierwszym spotkaniu byłby już trupem.
-Więc, ile sztywnych zabiłeś tym nożykiem? - podjęła rozmowę.
-Ani jednego, strzelałem do nich. To jest zabezpieczenie w razie najgorszego - odpowiedział zajadając się fasolką.
-Raczej marne - ucięła.
Usiadła na miejscu kierowcy i odpaliła wóz. Trochę minęło zanim zaskoczył, ale była do tego przyzwyczajona. Gruchot zaczął się psuć już kilka tygodni temu. Nie była mechanikiem, więc nie wnikała co dokładnie się dzieje pod maską. Najważniejsze było, że jeszcze jeździł.
Ruszyła przed siebie, zapuszczając się głębiej w Łódź. Musiała znaleźć coś do jedzenia, zapasy będą kończyły się szybciej w dwie osoby. Nie chciała zapuszczać się w przesyconą sztywnymi Łódź, ale sytuacja, ją do tego zmusiła. Na szczęście mała grupa miała swoje plusy, o wiele łatwiej można było zabijać zombie.



środa, 20 listopada 2013

"Jaka grobowa atmosfera"

Najpierw wyjaśniam, że notka częściowo pisana była przez Mikołaja (tak, ta postać z tych postów), a częściowo przeze mnie :). Plan był na początku taki, że Mikołaj miał napisać całą, ja miałam tylko poprawić błędy. Ale co nie co mi nie pasowało, coś tam mi nie grało. Moja wyobraźnia zaczęła pracować, a coś tam jeszcze Mikołaj przekombinował no i powstało, to co będziecie za chwilę czytać. MIŁEGO:)
P.S. Mikołaj, nie złość się na mnie ;)


Kiedy już Mikołaj zasnął, Konrad postanowił wyczyścić broń i ogarnąć to miejsce. Pamiętał, że drzwi między sklepem, a mieszkaniem się nie domykały, więc trzeba byłoby zrobić jakieś umocnienia i pułapki na ewentualne zombie czy ludzi, bo w tych czasach nikomu nie można ufać . Ledwie co wziął się do pracy, a usłyszał jakieś dziwne dźwięki, jakby trzask pękającej szyby. Od razu wiedział, że sytuacja nie jest za ciekawa, bo witryna sklepu była cała ze szkła, więc prawdopodobnie w jakiś sposób, zombiaki dostały się do środka. Zdecydowanie była to duża grupa sztywnych, po tym jakie słyszał dźwięki, a że nie mieli żadnych pułapek, to Konrad był zmuszony szybko obudzić Mikołaja. Ten zapytał się co się stało.
-Nie mamy czasu na gadanie, na dole mamy sporą chordę sztywnych ! - Mikołaj od razu zaczął myśleć co robić .Konrad lekko się zdenerwował, bo bardzo nie lubił walczyć z umarłymi.
-  Na co ty czekasz ?
- Myślę jak ich wszystkich zwabić w jedno miejsce i zabić.
- Ty chyba zwariowałeś! Ich jest tam ze trzydzieści.
-Spokojnie już wiem co zrobimy – po czym, młodszy chłopak, wziął na szybko mu zobrazował swój plan na stole , przy użyciu kilku starych płatków śniadaniowych i długopisów. Konradowi spodobał się pomysł Mikołaja i się zgodził . Zombie już od kilkunastu sekund przedostawały się do mieszkania,Mikołaj zdążył tylko kiwnąć głową do Konrada, aby ten pamiętał plan, gdy zombie znalazły się w korytarzu naprzeciw kuchni. Ale taki był plan, żeby Zombie znalazły się w ciasnym przejściu. Mikołaj z siekierą zaatakował przód pochodu. Dawał sobie nieźle radę i szło mu to sprawnie, dlatego Konrad ze swoim średnim uwielbieniem ubijał tych, którzy w jakiś sposób mijali rąbankę młodszego chłopaka.  Mózgi rozwalały się na ścianie, było słychać chrupot kości. Tu i ówdzie widać było widać jakąś krew i wnętrzności zdechlaków. Obaj zmęczyli się znacznie, ale wybili całą grupę. Po skończonej robocie Konrad spojrzał na Mikołaja całego we krwi i innych wewnętrznych płynach, uśmiechnął się i powiedział:
- Zdecydowanie nie jesteś normalny! – Chłopak na to roześmiał się w głos i odpowiedział:
- Uwierz, mój lekarz też tak twierdził.
Szybko zabarykadowali drzwi i okna tak żeby już nic ich nie zaskoczyło. Na tyle na ile im się udało, umyli się, ubrali w ubrania znalezione w szafach, ale tej nocy już nie zasnęli. Rozmawiali tylko o tym, jak było kiedyś, przed tym wszystkim. Obaj wspominając swoje rodziny i przeszłość trochę się zdołowali.
- Ale ja już nie chcę takich niespodzianek jak ta – Mikołaj kręcił głową na wspomnienie niedawnych zdarzeń
- Ja też nie mam zamiaru tego przechodzić, mimo że nie było tragedii, ale w końcu nie wiadomo kiedy się człowiekowi noga podwinie.
- Trzeba znaleźć nowe, dogodne miejsce, w którym moglibyśmy czuć się bezpiecznie.
Konrad pokiwał głową i zgodził się z towarzyszem. Gdy tylko zrobiło się widno, spakowali znalezioną broń, jedzenie i różne przydatne rzeczy. Uzbroili się i wyruszyli w poszukiwaniu nowego miejsca zdatnego do dłuższego pobytu. Jadąc samochodem milczeli dosyć długo, jednak w momencie jak zabrakło im paliwa, rozgadali się niemiłosiernie. Każdy z nich miał jakiś plan i żaden nie chciał dać się przegadać. W końcu ustalili, że pójdą na piechotę, przez las. Kiedy ustalili szczegóły ruszyli przed siebie. Przez pierwsze godziny drogi, wiało nudą, ale kiedy tylko wyszli z lasu znaleźli miejsce idealne. W każdym razie, na początku tak im się wydawało. Posesja była czysta i zadbana, weszli więc i faktycznie na podwórku nie było zombie, ale gdy spojrzeli przez okna, ujrzeli tragedię tego miejsca. Patrząc na siebie, stwierdzili, że nie mogli by mieszkać w takim miejscu. Co prawda sztywnych nie było za wielu, ale zmasakrowanych ciał dzieci i dorosłych było sporo. Prawdopodobnie było to przedszkole.
- Jaka grobowa atmosfera – Zażartował nieumiejętnie Mikołaj. Kiedy Konrad nie zareagował, wzruszył tylko ramionami. Nie zostało im nic innego jak ruszyć w dalsza drogę. Kilka kilometrów dalej, trafili na jakąś małą wioskę. Mikołaj gdy zobaczył dom na skraju lasu ucieszył się strasznie:
-To jest to! – uśmiechnął się triumfalnie pokazując ręką Konradowi to, co sam zobaczył. Weszli przez bramę i zdecydowanie im się spodobało. Starszy chłopak klasnął cicho w ręce i uśmiechnął się, na co Mikołaj powiedział, że muszą i tak trochę popracować, żeby zrobiła się z tego twierdza nie do zdobycia. Nim weszli do domu ogarnęli plac, wzmocnili płot i zrobili kilka łatwych pułapek. Pracy nie mieli zbyt wiele, bo ogrodzenie było wysokie i solidne, jedynie połatali mniejsze dziury i wykonali coś, w rodzaju wieży strażniczej dla jednej osoby. Niby prosta konstrukcja, ale idealnie nadawała się do założonej wcześniej funkcji . Spojrzeli dumni na to co udało im się zrobić i w tym momencie uświadomili sobie, że robi się coraz ciemniej, a zombiaków wkoło, jakby coraz więcej. Chłopcy nie sprawdzili jeszcze domu dokładniej, ale to co widzieli przez okna, było zachęcające. Mikołaj wykazał się swoimi zdolnościami i otworzył drzwi wytrychem nie niszcząc zamaka .Konradowi, aż mowę odjęło, taki był zaskoczony zdolnościami młodszego kolegi.
- Musisz mnie kiedyś tego nauczyć. – powiedział więc tylko i weszli do domu. Był to duży, ale przytulny dom. Pachniało w nim rodzinnością i od razu poczuli się jak u siebie. Byli już bardzo zmęczeni, a w salonie był bardzo przyjemnie wyglądający komplet wypoczynkowy. Przez to wszystko, zapomnieli sprawdzić górę domu. Zdążyli tylko pozasuwać rolety antywłamaniowe, pozamykać drzwi i zasnęli obaj. 
Kiedy spali już dobrą chwilę, a na zewnątrz wieczór zamienił się w ciemną i ponurą noc, ciche odgłosy z góry pomału przemieszczały się w stronę schodów. Powolnym tupotem znalazł się na dole schodów i ucichł.


Dziewczyna stanęła, lekko pochylona, z nożem w jednej ręce i tasakiem w drugiej. Jej długi, kasztanowy warkocz huśtał się na plecach i po chwili też znieruchomiał. W zielonych oczach dziewczyny, krył się jakiś podejrzany błysk…

Strzelnica

Dziewczyna w kitce wyszła z jednego z domów, niestety nic w nim nie znalazła, prócz umarlaka i kilku siekierek do rąbania drewna. Widać było, że rodzina, która tam mieszkała nie należała do zbyt bogatych.
Oskubane ściany, kable elektryczne przeciągnięte przez cały dom "na lewo". Zamiast drzwi do pokoi, zawieszone były jakieś zasłonki. Nic więc dziwnego, że nie znalazła żadnej broni, żadnego dobrego noża. Wszystkie wyglądały, jak do obierania ziemniaków. Na szczęście, wzięła ze sobą dwie duże torby z bronią. Większość arsenału składała się z broni białej, ale nie brakowało tam pistoletów, karabinów i strzelb. Posiadała również dosyć sporo amunicji, a to wszystko dzięki temu, że mieszkała niedaleko strzelnicy, na której trenowali cywile jak i wojskowi. Ada też ćwiczyła tam strzelanie, wraz ze swoim tatą. Jednak strzelnica była tylko przykrywką dla wielkiego magazynu z wyposażeniem wojska. Mimo tajności tych informacji, dziewczyna z wrodzoną ciekawością, poznała wszystkie informacje na ten temat.
Gdzieś na początku tej całej apokalipsy, dziewczyna i jej ojciec, zakradli się tam, by zdobyć potrzebne im zabezpieczenie. Musieli dostać się do podziemi, gdzie znajdował się wielki bunkier. Brunetka była przekonana, że był przeciwatomowy. Myśleli, że wezmą tylko broń palną, ale po przemyśleniach, mężczyzna stwierdził, że broń biała też może się przydać. Epidemia może potrwać dłużej, a wtedy może okazać się, że amunicji im nie wystarczy.
Więc załadowali najróżniejszą broń białą zaczynając od mieczy, poprzez maczety, na wielkich toporkach i siekierach kończąc. Oczywiście trzeba było zabrać też broń cichą na wypadek polowań, a zdecydowanie lepiej strzelać do zwierząt z łuku, by nie musieć potem spożywać mięsa z posmakiem metalu. Poszli więc do schowka strzelnicy i zabrali kilka łuków, mnóstwo strzał oraz kołczany. Pośpiesznie wrócili do domu, wiedząc, że wojsko może lada chwila przyjść. Mieli nadzieję, że nie zauważą lekkiego ubytku, w końcu mieli mnóstwo broni. Kto by liczył broń w sytuacji kryzysowej. A taka była, ponieważ wyświetlane przez media komunikaty i sceny z ulic miast były tak drastyczne, że księgowi raczej nie będą się tym zajmować.
Aktualnie znajdowała się, o ile dobrze się orientowała w mapie samochodowej, na obrzeżach Łodzi. Starała się nie wjeżdżać w samo centrum miasta i bardziej zabudowane tereny, bo tam kiedyś mieszkało dużo ludzi, a teraz prawdopodobnie znajdowało się wiele chodzących zombie.
Za każdym razem, dziękowała bogu, że miała całą tą broń, kiedy wyruszała na poszukiwanie pożywienia. Bez takich dodatków nie przeżyła by zbyt długo w złych czasach. Posiadła także małego kamperka, którym całkiem spokojnie przemierzała ulice miast.

Zatrzymała samochód w dogodnym , mało widocznym miejscu i ruszyła na przeszukiwanie  terenów. Przechodziła od domu do domu. A, że to były w większości domu jednorodzinne z ogródkiem, znajdowała tam solidne siekiery przydatne do walki. Ale także dużo konserw, co ją ucieszyło, bo konserwy to było to, czego szukała. Nadawały się do spożywania na ciepło i zimno,a termin przydatności był bardzo długi. Kolejnym niezłym znaleziskiem był łom, bo dzięki niemu łatwiej można było otwierać domy. Było to cichsze rozwiązanie, niż na przykład wybijanie szyb siekierą, czy rozwalanie drzwi. Każdy głośniejszy dźwięk przyciągał zombie.

Przechadzała się tak przez różne posesje, przeglądała rzeczy osobiste, pamiątki, zabijała nieumarłych. I tak do wieczora, wsiadała wtedy w kamperka i jechała. Zapadał zmrok a gwiazdy zaczęły radośnie migotać, jak gdyby chciały powiedzieć "Jesteśmy tu bezpieczne, dołącz do nas. To nic nie kosztuje." Brunetka nie chciała bawić się z gwiazdami i nie miała zamiaru ulec ich pokusom. Obiecała swojemu ojcu, gdy umierał, że będzie próbowała przetrwać i nie zabije się. Chociaż były momenty, kiedy chciała to zrobić. Siedząc w czyimś domu, słuchając w kółko niezłomnego wycia, zaczynała tracić zmysły. Nie raz sięgała po broń i przystawiała do skroni. Trzymając rękę na spuście, zamykała mocno oczy, lecz nie mogła tego zrobić. Obietnic się nie łamie. Nawet w świecie, gdzie jak każdy sądzi, zasady nie obowiązują.

Weszła do oczyszczonego przez nią domu, zostawiając samochód w gotowości na podjeździe. W domu czyściła broń, którą nosiła przy sobie na policyjnym pasie. Dwa pistolety, kilka noży i maczetę. Miała też zawsze przy sobie łuk i kołczan pełen strzał.
Po paru godzinach leżenia na łóżku i rozmyślania, brunetkę w końcu zmorzył sen.

niedziela, 17 listopada 2013

Względnie spokój.

Bardzo długo milczeli, jednak taka cisza nie należy do najprzyjemniejszych, więc Konrad zapytał Mikołaja:
- Co tak sam się włóczysz? Przecież nie jest to bezpieczne. – Chłopak spojrzał na pytającego i po krótkim zastanowieniu odpowiedział:
- Przez pewien czas, ciężko było mi uwierzyć, w to co się stało. Ukrywałem się w domu, do czasu, aż skończyły mi się zapasy jedzenia. Może ze trzy tygodnie? Nie wiem nawet, czas nie był mi sprzymierzeńcem. Potem zgarnąłem mój arsenał broni i postanowiłem wyruszyć przed siebie. Ocknąłem się z tego dziwnego otępienia i postanowiłem odnaleźć jakiś ludzi. Ciężko było, bo każdy jest nieufny. Większość ludzi się ukrywa. A jak się nie ukrywają, to okazuje się, że nie są zbyt przyjaźnie nastawieni. Jedna ekipa ukradła mi całą broń i jedzenie jakie miałem. Niby wiele potrafię, ale jak rzuca się na mnie duża grupa ludzi, to ciężko się obronić. Kilku skrzywdziłem, no ale… Wyrzucili mnie gdzieś, ledwo przeżyłem. Znalazłem tą siekierę i mam jeszcze schowany nóż. Tak oto poznałem Ciebie i siedzę sobie w samochodzie. – zakończył swoją opowieść i uśmiechnął się szelmowsko. Konrad też lekko się uśmiechnął, ale ciągle patrzył przed siebie. Nie wiedział nawet dokąd się kierować. Chętnie odnalazł by jakieś schronienie, bo przecież benzyna kiedyś się skończy.
- Myślę, że musimy poszukać jakiegoś miejsca do przenocowania, odpoczynku i nabrania sił. – Powiedział w końcu do Mikołaja.
- Zgadzam się. Głodny jestem od kilku dni. -  mijali kilka domów, a znaki pokazywały, że są niedaleko miasta.
- Może tutaj coś znajdziemy, jeżeli wszystkiego nie rozkradli.- Za oknem minęli kilku powłóczących nogami umarłych. Już niedaleko, bo coraz więcej można było spotkać tych istot. Ale nie przejmowali się tym zbytnio. Dopiero jak będą musieli wysiąść z samochodu, będą mieli ich na głowie, do tego czasu czuli się bezpiecznie.

Kiedy dojechali do pierwszych budynków, Konrad zatrzymał wóz, przed jakimś małym sklepikiem.
- Idziemy zobaczyć, czy coś w środku jest do jedzenia – powiedział do Mikołaja i rzucił mu pistolet.- Postaraj się używać go tylko w konieczności, nie chcemy zwrócić na siebie uwagi – Powiedział, po czym rozglądając się wysiadł z wozu. Mikołaj zrobił to samo. Pobiegli ramię w ramię do sklepiku. W środku zobaczyli dwa zombie. Nie jest źle. Jak tylko znaleźli się w środku, zdechlaki od razu rzucili się na chłopaków. Mikołaj przez chwilę przyglądał się zdezorientowany. Co z tego, że znał sztuki walki, co z tego, że wiedział jak używa się broni. Oni kiedyś byli ludźmi, a zabijanie ludzi nie przychodzi łatwo. W każdym razie nie normalnym ludziom. Jednak jak zobaczył, że zombie chce go ugryźć, mechanicznie dźgnął go nożem tak, aby uszkodzić mózg. Konrad swojego przeciwnika już pokonał i teraz widząc jak Mikołaj zabił swojego stwierdził:
- Chyba widziałeś dużo filmów o zombie, bo całkiem trafnie oszacowałeś miejsce które pozwala na ubicie tego gnojka.
- Taa, umarłych w zależności od „rasy” zabija się albo w serce albo w mózg. Ten nie wyglął, jakby posiadał cokolwiek, ale gdzieś trafić musiałem – uśmiechnął się do Konrada.
Zaczeli szukać w sklepie jakiegoś jedzenia zdatnego do spożycia. Było tego trochę, chociaż część już zniknęła z półek. Poszli jeszcze na zaplecze.
Zza półki zaatakowało ich jedno wielkie, grube paskudne zdechłe cielsko. Nie zauważyli go wcześniej, dlatego obalił się na Konrada. Bronił się przed nim jak tylko mógł. Drugi chłopak zareagował szybko. Rzucił się na zdechlaka i ramieniem zepchnął z kompana. Podał mu rękę i podniósł z ziemi. Obaj ruszyli na zombie i zabili.
- Całkiem nieźle idzie nam współpraca – Powiedział młodszy chłopak wycierając nóż o jakąś szmatę. Rozglądając się znaleźli bardzo dużo przydatnych rzeczy. I jedzenie i picie i nawet broń znaleźli na tyłach sklepiku.
- Może sprawdzimy jak wygląda dom nad sklepem? Prawdopodobnie należał do tych tam, których się pozbyliśmy. Może będziemy mogli tutaj przenocować?- Zastanawiał się na głos Konrad. Mikołaj mu przytaknął, więc ruszyli w kierunku drzwi, które mogły prowadzić do mieszkania. Szli razem, blisko siebie, rozglądając się dokładnie. Nie mogli niczego przeoczyć, bo to mogło kosztować ich życie.
Jak się spodziewali, dom był pusty. Przeglądając go, domyślili się, że było tutaj jeszcze dziecko, ale nie znaleźli ani ciała, ani zombie, więc stwierdzili obaj, że dziecko albo żyje i jest gdzieś daleko, albo zgineło poza domem. Konrad znalazł barek z alkoholem. Kiedy pokazał go Mikołajowi, ten całkiem się z tego ucieszył.
- Przyda nam się trochę zapomnienia, w każdym razie rozluźnienia. – Powiedział i nalał sobie jednego z trunków do kieliszka.
- Może najpierw coś zjemy? Jest tutaj kuchnia, możemy coś ugotować – Powiedział Konrad sprawdzając zawartość szafek. Znalazł co trzeba i zrobił całkiem smaczne danie z tego co posiadali.

Pojedli, popili i postanowili iść spać.
- Będziemy na zmianę pilnować, żeby nic i nikt nas nie zabił. Śpij młody, ja przypilnuję teraz chaty.

Jak pomyśleli, tak zrobili, niby względny spokój, a jednak gdzieś w oddali bardzo dużo się działo…