środa, 25 września 2013

Co się stało?

 A.


Niestety okazało się, że Arek i Kamil wrócili do samochodu pod domem. Arek odpalił go na kabelku i pojechał na lotnisko. Dobrze chociaż tyle, że w samochodzie była resztka broni, której nie zdążyli zanieść do domu. Inaczej byliby w czarnej d*pie. Dziewczyny wściekły się niesamowicie na Arka za to, ze śmiał „ukraść” ich samochód. Owszem, przyszli tutaj szukać nowego, ale to nie znaczy, że mają wystawiać auto z pełnym bakiem na widok innych. I jeszcze zostawić go z otwartymi drzwiami!? Normalnie nie możliwie zachowanie!
Kiedy chłopaki podjechali pod lotnisko, nie zauważyli, że niedaleko w samochodzie siedzą ludzie i ich obserwują. Przejechali więc obok i wjechali na pasy startowe. Zatrzymali się na widok, który zobaczyli… W oddali jechał kombajn, a w nim Gosia i Ola. Niestety w tym samym momencie, wyciągnięto ich z samochodu siłą. Dostali fangę w twarz i padli, nawet nie zauważając, kto ich uderzył. Faceci domyślili się, że dziewczyny są w jakiś sposób powiązane z chłopakami, skoro Ci czekali na nie.

No i tak oto dziewczyny zostały z pobitym, zakrwawionym Kamilem i  poobijanym Arkiem. Gosia była tak wściekła, że nie mogła mówić. Olą trzęsło z nerwów. Sama nie wiedziała co ma ze sobą zrobić. Niestety nie było czasu na kłótnie, bo Zombiaki były coraz bliżej, a Oni nie byli zbyt mobilni.
- Słuchajcie, chodzcie do kombajna, podjedziemy bliżej parkingów, a tam znajdziemy jakiś wóz. – Powiedziała w końcu Ola. Gosia wzięła pod ramię Kamila, Arek poradził sobie z trudem sam i weszli do pojazdu. Niestety dwie osoby musiały stać.
- Słuchaj, ja umiem prowadzić kombajn, w końcu na wsi mieszkałam, A Ty możesz pilnować Arka i Kamila, żeby się nie zabili jak będziemy jechać przez zdechlaków – Ola powiedziała go Gosi i coraz śmielej pozwalała sobie na rządzenie grupą. Gosi nawet to nie przeszkadzało. Mimo wszystko była potężniejsza od Oli, a utrzymanie dwóch facetów nie jest zbyt proste. Teraz Gosia się cieszyła, że nie zdążyła schudnąć za dużo.

Ruszyli tak przez zombiaki, znowuż wznosząc w powietrze tumany krwi, skóry, wnętrzności i kości. Dojechali do parkingu, zostawiając umarłych daleko za sobą. Kilkoro sztywnych chodziło po parkingu, ale nie byli problemem. Problemem było znalezienie odpowiedniego samochodu. Gosia posadziła Arka w kabinie i wyskoczyła z kombajnu. Podbiegła do pięknego nowiuśkiego kampera, który stał nieopodal. Jak bardzo się zdziwiła temu co ujrzała, mogła spostrzec Ola, widząc minę Czerwonowłosej. W Kamperze był kluczyk. Tak po prostu. Gośka wsiadła od razu i odpaliła. Paliwa było niewiele, ale w domu mieli karnistry z benzyną więc mogli ruszać z tego piekła. Podjechała pod kombajn. Wyciągnęła chłopaków z kabiny i wsadziła do wozu. Ola sama przeszła i usiadła z przodu na miejscu pasażera. Ostatnia weszła Małgosia z kluczykiem w ręku i ruszyła.

W domu Ola poszła gdzieś do pokoju, nie odzywając się do nikogo. Gosia opatrzyła Kamila i Arka przy czym nie odzywała się do nich wogole. Nie mogła, nie umiała. Była zbyt bardzo wściekła, a z każdą minutą coraz bardziej. W końcu nie wytrzymała:
- Czyś Ty zwariował!?? NIE PO TO zostawiłam wóz tutaj, żebyś Ty se wziął go i podjechał pod lotnisko! Nie wiesz, że teraz nie jest tutaj bezpiecznie!??
- Ale o co Ci chodzi kobieto? Chciałem wymienić na lepszy wóz, przelać benzynę, przenieść broń… - Zaczął się tłumaczyć Arek. Gosia pokiwała tylko głową, bo zabrakło jej słów.
- Poza tym nie stało się nic złego.
- NIC ZŁEGO? – dotarło do nich zza drzwi. Weszła Ola z plecakiem na plecach.
- Nic złego powiadasz? Wiesz, że pozbyłeś się dużej części, dobrej broni naszej ekipy? Wiesz, że pozbyłeś się ciężko zdobytej benzyny? No i samochód mógł się przydać! Czy Ty myślisz, że to było mądre posunięcie!? NIE! – podniosła głos na chłopaka, którego wmurowało w fotel. Nie spodziewał się takiej reakcji. Za to Gosia uśmiechnęła się pod nosem.
- Ola ma rację. Zachowałeś się jak czysty debil. I jeszcze mogłeś spowodować śmierć kogoś z Nas! – Powiedziała głosem doświadczonej osoby.
- Poza tym, musimy ruszać, bo nie pozwolę, żeby tacy ludzie jak Ci kolesie mieli naszą broń. W wozie był mój miecz, a samego go z takimi łotrami nie zostawię…- teraz już była wkurzona.
Ola chciała jeszcze coś powiedzieć, ale stwierdziła, że mądrzejszym jest milczenie. Jednak już nie ufała chłopakom.  Może ta Czerwonowłosa dziewczyna jest w porządku, mimo że odrobinę psychodeliczna, ale dla jednej osoby nie warto się otwierać.

Tak więc grupa pozbierała się, Kamil doszedł do siebie w końcu. Wlali jeszcze benzynę do baku, zabili kilku zdechlaków którzy chcieli sobie coś przekąsić i ruszyli przed siebie.

Droga już chwile trwała, kiedy Arek odezwał się:
- Dziewczyny no, co tak milczycie? Chyba nie jesteście złe?- One jednak spojrzały na niego morderczym wzrokiem.
- Nie odzywaj się do mnie – powiedziala blondynka.
- No ej no, Olu, przeciez nie możesz się ciągle gniewać. – Dziewczynę strasznie ruszyło to, że Arek tak się do niej zwraca. Jakoś nie chciała się spoufalać z tym osobnikiem i nie pasowało jej jego zachowanie.
- Słuchaj, żeby było jasne, jestem z Wami, żeby przeżyć. Ale nie koniecznie mam zamiar się przyjaźnić. –i odwróciła głowę do okna.
- Taka jesteś nam wdzięczna za uratowanie?- powiedział coraz bardziej podburzony Arek.
- Wdzięczna za uratowanie?! Oszalałeś? Mogłam zgiąć właśnie, przez TWOJĄ głupotę!
- Sama jesteś głupia, nie trzeba było z Nami iść, jak Ci nie pasuje. – Chłopak rozkręcał się na całego.
- Daruj sobie -  odpowiedziała oschle i wcisnęła swoją nogą pedał hamulca. Gosia się wystraszyła, samochód zarzęził i się zatrzymał. Młodsza dziewczyna wzięła swój plecak, nóż i wyskoczyła z samochodu.
- Sorry Stara, to nie dla mnie takie wycieczki z takimi ludźmi,chyba sobie poradzę, póki co nie mogę być w tym samym miejscu w którym jest Ten koleś – tutaj pokazała na Arka. Odwróciła się, machnęła ręką nie patrząc w stronę samochodu i poszła przed siebie znikając w lesie.


-Co to Kur*a było?! – Zapytała czerwono włosa odpalając na nowo wóz i ruszając przed siebie…

wtorek, 24 września 2013

Spotkanie trzeciego stopnia

A
Warkot samochodu był coraz głośniejszy. Szybko wynurzył się zza wielkiego boeinga. Dziewczyny się zaniepokoiły. To nie były znajome twarze.
- cześć dziewczynki, szukacie kogoś? - powiedział jakby szyderczym głosem potężnie zbudowany mężczyzna.
- szukamy naszych znajomych. - odpowiedziała niepewnie Gosia.
- może to na nich czekacie? - pokazał ruchem ręki na boeinga, który nagle się otworzył. Wyszło z niego sześciu kolejnych wielkich facetów ciągnących za sobą zakrwawionych i pobitych chłopaków.
- Boże, co im zrobiliście?! - wykrzyknęła Ola.
- nie martwcie się, żyją.... na razie. W każdej chwili może się to zmienić, a tego z pewnością nie chcemy. Jest jedna rzecz którą od was chcemy. Jeśli ją zrobice, weźmiecie swoich chłopaczków i pójdziecie zabijać szwendaczy przy zachodzącym słońcu....
- co od nas chcecie? - zapytała się, pełna niepokojących myśli Małgosia.
-  to proste. Nasz nasz wóz już ledwo wyrabia, was jest duży i nowy. No i widziałem też w bagażniku torbę pełną broni. I jedna z was by nam się przydała. Tak mało tu rozrywki! - mówiąc to, zaśmiali się wszyscy śmiechem prosto z horroru.
- weźcie sobie bronie. Samochód nam zostawcie. Bez niego nie przeżyjemy nawet godziny!
- jeśli będziesz negocjować, nie przeżyjesz kolejnych 5 minut. - powiedział już całkiem poważnie.
-  nie oddawajcie im niczego. Wchodźcie w vana i uciekajcie! - krzyknął Kamil.
- chłopcze to nie było mądre. - powiedział mężczyzna. W strone chłopaka zaczęły lecieć potężne kopniaki i ataki pięścią. Kamil osunął się i splunął krwią. To tylko podgrzało atmosfere. Szwendające się w oddali trupy poczuły tą słodką woń i zaczęły zmierzać w stronę żywych.
- oho, was czas się kończy. - powiedział także zaniepokojny już napastnik.
- dobra, bierzcie broń i auto ale już ich zostawcie!! - powiedziała ciężko Gosia, choć wiedziała, że robi dobrze.
- cała zgraja, siedmiu ludzi, szybko wybiegło z samolotu do dwóch wozów i ruszyło w stronę wyjazdu. Van zwolnił przy dziewczynach. Szyba poszła w dół:
- Konrad. Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy. - powiedział i ruszył przed siebie.
Dziewczyny szybko wciągnęły zranionych i poobijanych chłopaków do środka samolotu, zamknęły drzwi tym samym odgradzając się od hordy.
- nie wiem kim on jest, ale ten skurwysyn z pewnością mnie popamięta - powiedział wściekle Arek.
- Konrad. To był Konrad. - odpowiedziała czerwonowłosa.

niedziela, 22 września 2013

Morze Czerwone.

A.

Wiadomo przecież, że to tylko Gosia ze swoimi czerwonymi włosami i w zielonym płaszczu. Ale pierwsza myśl jaka się pojawiła Oli, to była Merida z bajki. No cóż, fakt wyglądu plus strzelania z łuku, może spowodować taką myśl.
Arek pozbierał się w sobie i zgarnął szybko Olę, nim kolejne zombiaki nie wyszły z domu. Podbiegli oboje do Kamila i Gośki
- Szybko do Auta! – Powiedział Arek, ale czerwono włosa pokręciła głową i kciukiem wskazała na dom za swoimi plecami
- Tam mamy chatę, możemy się przespać spokojnie. Jest czysta.- Powiedziała do Arka mierząc w drzwi domu z łuku. Chłopak wzruszył ramionami i pobiegł w tamtą stronę. Kamil pociągnął Olę i też tam ruszyli. Gosia na samym końcu, sprawdzając czy samochód jest zabezpieczony.

- Na reszcie chwila wytchnienia! – Powiedział Kamil rzucając się na kanapę. Załączył telewizję, a tam oczywiście niewiele można było obejrzeć. No może poza dvd. I tak dobrze, że jeszcze był prąd.
- Musimy coś zjeść, nie pamiętam, kiedy ostatni raz jadłam na spkojnie, przy stole – Zastanowiła się Ola. Arek poszedł przeszukać kuchnię. Znalazł naczynia i nawet jedzenie w lodówce. Cześć jeszcze nadawała się do spożycia. W szafkach był ryż i makaron.  Postanowił odprężyć się i ugotować coś dla grupy. Nie cieszył się, że musiał opuścić swoje bezpieczne i szczęśliwe życie, ale w końcu czekało go nowe, o ile czekało go cokolwiek.

Gosia załączyła cicho muzę i zaczęła tańczyć. Grupa na moment nie wiedziała co robić, ale jak Ola po pewnych oporach się przyłączyła, to i Kamil zaczął pląsać. Chyba wszyscy potrzebowali się trochę wyluzować.
W końcu zapach z kuchni zaczął ich ciągnąć w tamtą stronę. Poszli więc wszyscy i to co zobaczyli, sprawiło iż zaniemówili. Arek ugotował prowizoryczny obiad. Makaron z Sosem i jakimiś pulpetami, prawdopodobnie ze słoika. Ustawił na stole zastawę i kieliszki do wina. Gosia jak to zobaczyła, uśmiechnęła się i zapytała:
- A mamy wino? Jak tak, to jakie? – Arek również się uśmiechnął zawadiacko i powiedział:
- Może i mamy, a jakie, to sama sprawdź. Szafka na lewo od Ciebie – i dziewczyna radośnie doskoczyła do mebli. Wyciągnęła 2 butelki i przytuliła je do twarzy:
- Moje kochane!! Bordeaux wytrawne! – Spojrzała na Olę i Kamila po czym stwierdziła:
- Ale wy to chyba nie możecie jeszcze pić alkoholu? – Puściła oczko do młodych
- Ej no, chyba teraz nie będziemy się tak bardzo trzymać zasad? – powiedział lekko zawiedziony Kamil.
- Nie no, żartuję – odpowiedziała 26 latka.

I wieczór minął im całkiem przyjemnie, nawet dźwięki umarłych zza drzwi nie mogły zepsuć dobrych humorów ekipy.

Na drugi dzień wstali całkiem wyspani, zauważając jednak, że Gosia musiała nie spać już od jakiegoś czasu.
- Pilnowałam, abyśmy byli bezpieczni– usprawiedliwiła się dziewczyna.
- Mogłaś nas obudzić, przecież mogliśmy się zamieniać – powiedział Arek trochę oburzony.
- Spokojnie, ja też pospałam, ale z okazji że mam małe dziecko, zwykle mam nieprzespane noce. Nie przeszkadzało mi nigdy to, że mało śpię. – tutaj zamyśliła się, po czym poszła do kuchni, a stamtąd spytała:
- Co pijecie? Kawę, herbatę? – I w ten oto sposób ranek należał do przyjemniejszych. W końcu jednak zmuszeni byli ruszyć się i przeszukać miasto. Gosia postanowiła znaleźć większy samochód, taki, aby mogli przewozić dużo rzeczy i spokojnie wszyscy mieścili się razem. Dlatego jak już wszyscy przetrawili śniadanie, zaczęła przygotowywać się do wyjścia.
Oczywiście poinformowała cała grupę, że wybierają się na poszukiwania. Nie wiadomo czy ktoś nie został tutaj sam, a przecież nie mogła pozwolić na to, żeby kolejni ludzie zmieniali się w sztywnych. Arek jak zawsze, na pomysły Gosi kręcił nosem. No ale miał jakiś wybór? Mógł zostać w domu sam, ale na to pewnie Czerwona nie pozwoli. Mógł odłączyć się od grupy, ale wtedy ma małe szanse na przeżycie. Wolał już zostać z nimi i dostosowywać się do tego co chce cała grupa.
Ola była trochę zawiedziona, bo już zdążyła przyzwyczaić się do spokoju jaki trwał przez te kilka godzin. Kamil nawet się ucieszył, że ruszają, bo nie lubił kiedy jest za spokojnie.

Szli przed siebie już jakiś czas. Zabili kilku usztywnionych po drodze, na razie nie było to nic strasznego. Musieli się pilnować, żeby nie być za głośno. Minęli kilka domów, widzieli jakiś las. W końcu Gosia zobaczyła znak mówiący o tym że jest tutaj lotnisko. Byli całkiem blisko i zobaczyli niezły widok. Stało wszędzie dużo samochodów, dużo ciekawych pojazdów i aż się czerwonowłosej oczy zaświeciły, bo przypomniało jej się, że gdzieś na początku września był pokaz lotniczy w Radomiu właśnie! A wtedy zaczęła się ta cała masakra zombie. Czyli było tutaj dużo obcokrajowców i kamperów!
Czym prędzej zaczęła rozglądać się za czymś odpowiednim dla ekipy. Ola pobiegła za Gosią a chłopaki poszli w drugą stronę. Jednak starali się pilnować i przebywać w niedalekich odległościach od siebie. Jednak po pewnym czasie, zgubili się z oczu.
- Ola! Trzymaj się blisko mnie! – powiedziała Gośka do młodszej dziewczyny. Tamta pokiwała głową i trzymała nóż w gotowości. Miały pistolety, ale trzymały je przy pasie, bo wydawały za głośne dźwięki, a nie chciały przecież przyciągnąć zdechlaków.
Dziewczyny weszły między drzewa i kiedy wyszły z lasku znalazły się na lotnisku! A tam totalna masakra! Pełno zombie. Chodzili sobie w tę i w tamtą… Ale jak one znalazły się w obrębie wyczucia, wszystkie skierowały się na nie! Gosia myślała histerycznie, szybko. Co zrobić!? Przecież nie zdążą uciec! Rozejrzała się wkoło i to było to co powinna była zrobić! Kilkadziesiąt metrów od nich znajdował się olbrzymi kombajn. Wyglądał jak wielki, straszny potwór z jeszcze większą paszczą z zębiskami. Gośka złapała Olę za rękę i pociągnęła ja do pojazdu. Wsiadły obie.
- Szkoda, ze nie wybrałam sobie specjalizacji : jeżdżenie kombajnem…- powiedziała dziewczyna do siebie przyglądając się maszynerii. Ola spojrzała na nią wzrokiem mordercy:
- Ja wiedziałam, że tak będzie. Trzeba było siedzieć w ciepłym domku jak nam było dobrze, a nie.. – wkurzała się młoda.
- Spooooko, damy radęęęę!!- Mówiła luzacko Małgosia. Odpaliła potwora i zaczęła naciskać i sprawdzać jak działają guziki. Nie było to takie trudne, poza tym kiedyś na wsi widziała jak jej dziadek jeździł czymś podobnym. Co prawda mniejszym, ale!
Pojazd ruszył. W dobrym momencie, bo sztywni byli już bardzo blisko, a było ich coraz więcej. Dźwięk maszyny przyciągał ich nawet z oddali.
- No to czeka nas niezły ubaw – Powiedziała Gosia uśmiechając się potwornie. Ruszyła z kopyta i kiedy przednia szczęka spotkała się z pierwszym zombiakiem, aż podskoczyły w siedzeniach. Czerwonowłosa zaczęła się śmiać w głos.Ola nie wiedziała czy śmiać się, czy płakać. Z kim ona się zadawała? Czy mogła ufać tej osobie, czy nie? W końcu nie ufała nikomu. Jechały przed siebie nie za szybko, ale na tyle skutecznie, że dolna część szyby przedniej była cała we krwi. Jakieś jelito pacnęło o szybę i zsuwając się pozostawiło czerwono szary ślad. Ola zamknęła oczy, bo nie mogła już patrzeć na to, jak w powietrze latają wnętrzności i kawałki ludzkich ciał. Każdemu w końcu limit się na takie widoki wykończy. Trzęsło pojazdem niemiłosiernie, ale one były bezpieczne, siedząc wysoko w kabinie. Paliwa było dosyć, żeby pojechać całkiem daleko.
Przekosiły w ten sposób Naprawdę duże stado zombie. 26latka spojrzała za siebie, a tam zobaczyła morze czerwone! Czerwone falujące morze wnętrzności, krwi, skóry i ruszających się kawałków zwłok.
- Tylko gdzie są chłopaki?- spytała po pewnym czasie Ola siedząc sztywno w fotelu. Tak nią chyba jeszcze nigdy nie wytrzęsło, jak w tej podróży.
- Nie mam pojęcia, ale mam nadzieję, że żyją. – odpowiedziała jej zapatrzona w dal Małgosia.
- Skąd tyle tych zombie tutaj? – spytała młoda.

- Domyślam się, że byli to goście Air Show… I tak sobie tu chodzili… - Usłyszały warkot jakiegoś wozu. Nie wiedziały czy mają ruszać przed siebie, czy czekać. Nie były pewne kogo spotkają… 

piątek, 20 września 2013

Brave

A.

Jadąc drogą obserwowali otoczenie, co jakiś czas zatrzymywali się przy samochodach i sprawdzali czy mają benzynę. Jeżeli była, to jedna osoba ściągała ją do znalezionego karnistra, a pozostałe pilnowały, żeby żaden martwy nie zaatakował. Podróżując widzieli grupki ludzi przebiegających między drzewami, budynkami. Poradzą sobie. Szkoda tylko, że większość ludzi zamknęła się na innych. Gosia nie umiała zrozumieć, dlaczego ludzie w Polsce nie potrafią się zorganizować i spróbować pokonać zombiaki. Przecież łatwiej byłoby w dużej grupie, dobrze zgranej. Można byłoby zająć jakiś duży teren, wybić zombie, zbudować jakiś mur i żyć spokojnie. W każdym razie do momentu aż zdechlaki w jakiś magiczny sposób nie stały by się inteligentne, co raczej mało jest możliwe. Owszem, większość filmów jakie znała dziewczyna, zwykle kończyły się tym, że zombie wdarły się do takiej wioski, ale to film, więc musi być jakaś akcja. Jakby taka ekipa była zorganizowana, nie byłoby problemu. Niestety ludzie zwykle nie myślą racjonalnie w takich sytuacjach.
W Radomiu musieli się zatrzymać. Miasto wyglądało na opustoszałe, oczywiście poza kilkunastoma szwędającymi się umarlakami. Ale nigdy nie wiadomo, kogo można spotkać w domach. A mieli za zadanie znaleźć jedzenie. Niestety tego za wiele nie mieli, a zapasy kończyły się szybko.
- Ja biorę Kamila, Ty weź Olę- Powiedziała Małgosia do Arka. On popatrzał na nią spode oka. Dziewczyna czuła, że nie podoba się mu to, że ona mówi co mają robić. Ale co miała na to poradzić, że zawsze mimowolnie stawała się przywódcą stada? Zwykle wiedziała co robić w danym momencie i umiała się zorganizować.
- Idziemy przeszukać domy, bo potrzebujemy jedzenia i jakiś ubrań. Możecie brać to co uważacie za przydatne, potrzebne. Jakby działo się coś złego, to krzyczeć i nie ważne czy przyciągnie to stado truposzy! – Gosia podniosła rękę w geście siły i uśmiechnęła się. Pogrupowali się i poszli do najbliższych domów. Arek i Ola nie bardzo ze sobą rozmawiali, jedynie jak już musieli. Ale szło im całkiem sprawnie przeszukiwanie. Znaleźli kilka ciekawych rzeczy. Baterie, latarki, trochę puszek z jedzeniem.
- Ola, idziemy w tamtą stronę – Powiedział chłopak, pokazując ręką w lewo. Był tam długi korytarz, prowadzący do kilku pokoi.
- Ja pójdę pierwszy, a Ty pilnuj tyłów. – dziewczyna kiwnęła głową i ruszyli. Niestety już z pierwszych drzwi, które były uchylone, czuć było zapach rozkładu. Więc albo ktoś nie żył naprawdę, albo udawał, że żyje będąc umarłym. Arek kopnął drzwi z całej siły. Ale tego co zobaczył się nie spodziewał. W łóżeczku niemowlęcym leżało coś, co kiedyś było dzieckiem. Miało rozerwany brzuch i było prawie w 2 częściach. Wszędzie była krew. Ale zwłoki się ruszały. Arka aż cofnęło. Ola chciała wejść do pokoju, jednak chłopak nie pozwolił jej na to.
- Lepiej żebyś tego nie oglądała. – powiedział cicho i podszedł do potworka. Wbił mu nóż w środek miękkiej głowy.
Widok ten zapisał się mu w pamięci i tak uparcie trzymał się jego myśli „ Dobrze, że Gosia tego nie widziała, przecież ona ma dziecko, musiałoby to być dla niej straszne przeżycie”.
Tymczasem Gosia i Kamil znaleźli już trochę jedzenia i różnych ubrań. Gosia wszędzie nosiła ze sobą swój tasak, a w plecaku miała łuk i strzały. W końcu nie bez powodu była mistrzem w turnieju strzeleckim. Kochała to robić. Zwykle na turniejach rycerskich jest pokaz łucznictwa i ona zawsze brała w tym udział. Ale teraz jedynie do czego służyła jej ta broń, to było zabijanie. Albo dobijanie, jak kto woli.
Kamil milczał ciągle, chyba obawiając się dziewczyny. Ale ona była w świetnym humorze.
- Jak myślisz, możemy zwinąć laptopa i jakąś muzykę? Może jeszcze działa Internet! To by się pościągało coś fajnego. Niestety ja nie zabrałam swojego laptopa. Jak coś z takiego sprzętu zauważysz, to bierz ! Może się przydać! – paplała do chłopaka. W końcu się odezwał:
- No nie ma problemu. Ale czym zasilimy jak padnie ten sprzęt?
- Dobre pytanie. Widzę, że masz głowę na karku – i uśmiechnęła się do chłopaka. Pomyślała właśnie, że przydałby się im większy wóz. Jakiś Kamper, najlepiej nowy. Ale moment! Na pewno gdzieś w mieście był jakiś komis samochodowy, albo salon. A wtedy można byłoby poszukać generator prądu i jazda!

Zabijanie zombie nadal dziewczynę brzydziło, więc starała się tego unikać. Jeżeli było to już nie do uniknięcia, wtedy strzelała z łuku, żeby nie musieć czuć wbijanego noża, czy topora. Akcja przeszukiwawcza udała im się nader sprawnie i jeden dom całkiem spodobał się Kamilowi i Gośce, dlatego oczyścili go i zaanektowali dla grupy. Sprawdziwszy wszystkie zakamarki, byli już pewni że jest tam czysto. Wyszli przed dom i w samochodzie czekali na Olę i Arka.

A Ci niestety nie mieli tak lekko. Trafili w domu na większą grupkę zdechlaków. Udało im się wybić większość nim stamtąd uciekli. Wybiegając z domu Ola potknęła się i upadła. Jeden z nieżyjących dogonił ją i już miał zamiar zaatakować, Kiedy dostał strzałę prosto w czoło. Chłopak i dziewczyna spojrzeli w stronę z której nadleciała strzała i zobaczyli Meridę Waleczną….

Oblicze śmierci

B

Denis zrobił dwa kroki do tyłu. Na drodze stanęła mu gruba, zakapturzona postać, która miała na sobie długie, czarne okrycie. Brakowało jej tylko kosy, żeby wyglądać jak wyobrażenie śmierci. Nieznajoma postać wyjęła nóż, który chłopiec już gdzieś widział. Był to kuchenny nóż ubrudzony zaschniętą krwią. Zaczęła się zbliżać, a chłopak nie umiał się ruszyć. Zdjęła kaptur. Denisowi serce zaczęło bić szybciej, gdy zobaczył, że nieznajomym okazał się być jego własny, starszy brat Mariusz, którego zmienionego w zombi był zmuszony zabić. Twarz Mariusza wyglądała tak samo jak wtedy, gdy widział go po raz ostatni. Jego głowa była rozwalona, a z ran nie lała się już krew. Wtedy rozpoznał nóż. Należał do jego rodziny, był to ten sam, który zabrał z domu w najgorszy dzień swojego życia i który wbił przemienionemu bratu w plecy. Denis próbował się ruszyć, ale nie mógł. Patrzył w lodowate, niebieskie oczy brata i nie mógł odwrócić wzroku. Jego brat stał o krok przed nim. Chłopiec nadal patrząc w pełne nienawiści oczy brata usłyszał dźwięk rozcinającej się skóry i poczuł lekkie ukłucie w brzuchu. Strach wypełnił jego ciało. Obudził się...
Otworzył oczy. Brzoskwiniowy zapach świeżo umytych, długich, blond włosów Oliwii uspokoił go. Delikatnie uwolnił się z objęć śpiącej dziewczyny, wstał, ubrał  i poszedł do kuchni. Usiadł na krześle i wziął łyka zimnej wody.
Wtedy usłyszał dziwne głosy zza ścian mieszkania. Jęki sztywnych zmieniły się. Dołączył odgłos uderzania. Chłopak obudził Oliwię i Marcina. Wszyscy wzieli ze sobą nóż i rewolwery i zbliżyli się do drzwi. Dźwięki ucichły i nagle rozległo się pukanie do drzwi. Denis ruchem ręki nakazał towarzyszom, żeby byli cicho.
- To ja Marta. Wybaczcie, że zniknęłam bez słowa. Wszystko wam wytłumaczę.
- Pomóż mi. - zwrócił się Denis do Marcina.
Obaj odblokowali drzwi i je ostrożnie otwarli z bronią w gotowości. Zobaczyli Martę, a obok niej
stał średniego wzrostu brunet.
- Kto to? - zapytał podejrzliwie Denis.
Brunet zmierzył go wzrokiem.
- Jest w porządku. Uratował mi życie. W sumie to nam wszystkim... Ach, wejdźmy do środka, bo zaraz zjawi się tu więcej tych szwendaczy. - odpowiedziała Marta
- Wchodźcie. - powiedział Denis nadal trzymając broń w gotowości
Weszli do środka. Denis, Marta i nieznajomy chłopak usiedli razem przy stole, Marcin stał przy ścianie z rewolwerem w kieszeni, a Oliwia zaczęła robić herbatę.
- Wymknęłam się w nocy.. - zaczęła Marta - Chciałam przemyśleć parę spraw w samotności. Miałam zamiar wrócić jeszcze tej nocy, ale spotkałam psychopatę, który mnie śledził. Przez to byliście również zagrożeni póki z wami przebywałam. Prawdopodobnie było by już po mnie.. Ale wtedy zjawił się on.
- Nazywam się Paweł. Przypadkiem natknąłem się na nią jak jakiś psychol próbował ją zabić. Znalazłem się tam w porę by ją uratować.
- Co żeście robili przez cały dzień? - zapytał Denis
- Próbowaliśmy zgubić szwendaczy. - odpowiedziała Marta - Nie chcieliśmy wracać tutaj, bo nie chcieliśmy ściągać na was kłopotów. No i w końcu się udało. Od razu jak ich zgubiliśmy to zaczęliśmy wędrować aż tutaj. Paweł chce się do nas przyłączyć i uważam to za dobry pomysł.
- Mogę się przydać. - oświadczył Paweł
- Co wy na to? - zwrócił się Denis do Marcina i Oliwii
- Nie mam nic przeciwko. - rzekł Marcin - Będziemy mieć większe szanse na przetrwanie.
- No ja też nie. - powiedziała Oliwia
- No to... - zaczął Denis - Witaj w grupie. Ja jestem Denis, ten przy ścianie to Marcin, a ta dziewczyna, która niesie nam teraz herbatę to Oliwia. Będziesz spać na fotelu, bo nie ma więcej miejsca. Jutro przyniesiemy ci jakieś łóżko, albo znajdziemy lepsze mieszkanie.
- Dziękuję - odpowiedział z zadowoleniem Paweł.
Po chwili udali się spać. Czekał ich jutro trudny dzień.

Nastał ranek. Wszyscy doskonale zdawali sobie z tego sprawę, że dzisiaj jest dzień, w którym będą przeszukiwać wioskę. Po ubogim śniadaniu składającym się z kanapek z serem i owocowej herbatki udali się na zwiedzanie nowego miejsca. Zabrali ze sobą noże, rewolwery i amunicję do nich. Oliwia wzięła również swój łuk, kartkę i ołówek, ponieważ jej zadaniem było zrobić szkic mapy. Weszli do pierwszego domu. Było to duże mieszkanie o dwóch piętrach, białych ścianach i czarnych dachówkach. Posiadał duże okna, a w nich ozdobne firanki. W środku znaleźli prawie pełną lodówkę pożywienia, z czego większość nadawała się do spożycia, ubrania i medykamenty. W piwnicy spotkali się z dwoma sztywnymi, których przywitali wbijając im nóż w głowę. Znaleźli tam starą drabinę, która przydała się Oliwii, aby dostać się na dach jednego z budynków, który miał płaski dach. Miała teraz dobry widok na całą wioskę. Wioska była otoczona ze wschodu i północy lasem. Składała się z kilkunastu budynków różnych rozmiarów i wyglądów. Przez sam środek przepływała rzeka, a po północnej stronie znajdowało się małe jezioro. Usiadła na dachu, położyła obok siebie łuk, wyjęła kartkę i zaczęła rysować. Pozostali się rozdzielili i udali się przeszukiwać mieszkania. Na niebie pojawiły się ciemne chmury. Zbierało się na deszcz. Przeszukiwanie kolejnych domów wyglądało tak samo. Znaleźli pożywienie, narzędzia, albumy ze zdjęciami rodzin, ubrania, środki czystości i paru zombiaków. Dopiero Marcinowi się poszczęściło. No może i nie...
Wszedł do jednego z największych domów. W środku zastał bogato wystrojone wnętrze. Na ścianach wisiały obrazy w antyramach. Meble wyglądały na drogie i większość elementów była wykonana ze szkła. Na pierwszym piętrze w jednym z pokojów znalazł odtwarzacz CD, DVD i telewizor. Na półkach znajdowało się pełno płyt z filmami i różną muzyką. Każdy by tu znalazł coś dla siebie. W innych pokojach w szafach znajdowały się modne ubrania. W kuchni w półkach i lodówce znalazł pełno żywności, z czego mała część była popsuta. Znalazł też klucze do samochodu, domu i do garażu, który przyciągnął wcześniej jego uwagę. Był podekscytowany. Skoro tutaj są klucze, to gdzieś musi znajdować się samochód. Wyszedł, zamknął za sobą odruchowo drzwi i otworzył garaż. Pierwsze krople deszczu spadły na ziemię. Jego przypuszczenia się sprawdziły. W garażu znajdował się granatowy Opel Astra. Chciał obejść dookoła samochód, żeby go dokładnie obejrzeć. Niestety otwarta brama nie dała wystarczająco światła, żeby zauważyć stojącego w kącie zombiaka. Ten rzucił się na Marcina i obaj uderzyli o samochód. Marcinowi wypadły z ręki kluczyki do samochodu. Uderzenie aktywowało alarm w samochodzie. Na dźwięk alarmu każdemu zabiło szybciej serce. Wszyscy porzucili to co teraz robili i rzucili się do garażu. No oprócz Oliwii, która w tej chwili chowała pod płaszcz skończoną mapę, żeby nie zalał jej deszcz . Wzięła łuk do ręki, wstała i przyglądała się temu co się dzieje. Marcin sięgnął błyskawicznie po nóż i wbił go napastnikowi w głowę. Po czym go odepchnął i pod wpływem adrenaliny szukał kluczyków na podłodze. Znalazł je leżące obok opony, szybko je zabrał i wyłączył alarm. Do garażu przybiegł Denis, a zaraz po nim Marta z Pawłem.
- Co tu się stało?! - krzyknął Denis
- Ten sukinsyn zaskoczył mnie i przewrócił na samochód! - krzyknął wystraszony Marcin i wskazał leżącego na podłodze zombiaka
- Zaraz zejdą się tutaj sztywni z całej okolicy! - krzyknął Paweł
- Zajebiście.. - mruknęła pod nosem Marta
- Bierzcie broń. - powiedział surowo Denis i wybiegł z garażu
We wiosce zaczęło się pojawiać co raz więcej zombiaków. Chłopak rzucał się z nożem na każdego z nich, którzy stawali mu na drodze.
- Wychodzą z lasu! - krzyknęła Oliwia, która zauważyła biegnącego Denisa - Co tam się stało?
- Później ci opowiem. - powiedział Denis - Masz broń?
- Mam łuk i pistolet z pełnym magazynkiem. - odpowiedziała Oliwia
- Dobrze. - odparł Denis - Wciągnij drabinę na górę na dach i nie ruszaj się z miejsca. Zabijaj ich z góry.
- Okej, uważaj na siebie! - powiedziała głośno Oliwia
- Będę... - odpowiedział Denis.
Dziewczyna wciągnęła na górę drabinę, wzięła łuk i zaczęła strzelać. Chłopak eliminował za pomocą noża każdego zombiaka, który się do niego zbliżał. Po chwili zaczął tracić siły. Coraz więcej sztywnych nadchodziło z każdej strony, wyjął z kieszeni rewolwer i zaczął strzelać. Na początku trudno mu było trafić, ale z każdą minutą szło mu coraz lepiej. Nie umiał już dłużej utrzymać pozycji. Zombiaków było za dużo. Wycofał się i wbiegł do najbliższego mieszkania. Przewrócił drewniany stół, zablokował nim drzwi i odbierał życie (właściwie drugie) każdemu napastnikowi, który próbował przejść.

Marta weszła na balkon domu, który przed chwilą zablokowała od środka. Z tego miejsca z pistoletem w ręce uśmiercała każdego szwendacza, który znalazł się w pobliżu.
Paweł wszedł na wysokie drzewo i strzelał z pistoletu w każdego przechodzącego obok zombiaka.
Marcin z maczetą i rewolwerem stał się prawdziwym utrapieniem dla sztywnych.

Blokada nie wytrzymała. Coraz więcej zombi zaczęło się pchać i się przedostali do środka. Denis wbiegł na górę po schodach, a za nim sztywni. Chłopak zrzucał ich kopniakami i rozwalał głowy ostatnimi nabojami. Wiedział, że zaraz skończy mu się amunicja. Za ścianą domu rozległy się strzały. Sztywni przestali wchodzić do domu. Wtedy brakło mu amunicji, schował rewolwer i wycofał się na samą górę schodów, otworzył drzwi i wszedł do pokoju. Za nim weszło pięciu sztywnych. Denis wiedział, że nie ma największych szans. Zebrał w sobie całą złość i rzucił się na nich. Dwóch udało mu się zabić, dwoje kolejnych rzuciło się na niego i upadł prawym bokiem na szklany stół, który nie wytrzymał i się rozbił. Chłopak szybko wyjął pociętą szkłem rękę, na której leżał. Jego biała, cienka bluza zaczęła w tamtym miejscu ociekać krwią. Obrócił się na plecy, lewą ręką próbował ich odpychać, a drugą złapał za jeden z dłuższych i węższych kawałków szkła i wbił go jednemu z napastników głęboko w oko mordując go. Martwe zwłoki upadły przygniatając prawą rękę chłopca i nie mógł jej wyjąć. Pozostały w stojącej pozycji sztywny zaczął zbliżać się w stronę walczących. Denis nie mógł dłużej odpychać zombiaka leżącego na nim. Zaczął krzyczeć z bólu. Szkło wbijało mu się w plecy. Drugą rękę miał unieruchomioną, nie mógł nic zrobić. Leżący na nim napastnik szarpał go i uderzał i zbliżał się centymetr po centymetrze z otwartymi szczękami. Jego twarz znalazła się mniej więcej piętnaście centymetrów nad twarzą Denisa. Chłopak zamilkł i wpatrywał się w jego blade oczy.
- To koniec... - pomyślał Denis - Zawiodłem Oliwię i resztę. Obiecałem jej, że obronię nas obu, a teraz patrzę śmierci prosto w oczy i nie mogę nic zrobić. Kurwa... To nie może się tak skończyć...
Nawet nie usłyszał kroków po schodach. Usłyszał dopiero strzał i krew prysnęła mu na twarz. Chłopak zrzucił z siebie martwego napastnika z rozwaloną głową i zauważył Marcina który maczetą pozbawił głowy ostatniego w pokoju sztywnego.
- Nic ci się nie stało? - zapytał zaniepokojony Marcin
- Żyję. - odpowiedział Denis - Dzięki. Jeszcze chwila i by już było po mnie...
- Zostałeś ugryziony, albo zadrapany?
- Nie. Mam tylko pociętą rękę i plecy od szkła. Wracaj im pomóc, ja powyjmuję szkło, odkażę rany i je opatrzę. Gdzieś tu powinna być apteczka.
- Dobra, uważaj na siebie. Oddam ci swój rewolwer, przyda ci się.
- Dzięki.
Marcin oddał swój rewolwer Denisowi i pobiegł schodami na dół, a ranny chłopak zajął się ranami.
Rozpadało się na dobre.

Paweł nadal siedząc na drzewie został otoczony przez zombiaków, którzy nie umieli się na nie wdrapać. On również nie miał amunicji.

Marta nadal znajdowała się na balkonie. Do jej mieszkania przedarli się sztywni. Balkonu sięgała gruba gałąź drzewa, które stało obok domu. Złapała się za nią i zeszła po drzewie na dół. Zabiła nożem każdego szwendacza, który się na nią rzucił i zaczęła strzelać w każdego, który wychodził z mieszkania, z którego przed chwilą uciekła. Jeden z nich pojawił się w oknie. Marta strzeliła w niego, ale nie trafiła. Kulka rozbiła szybę i trafiła obok kuchenki. Prosto w butlę z gazem, która była schowana w jednej z dolnych szafek. Butla eksplodowała i uśmierciła prawię każdego zombiaka, który znajdował się w środku mieszkania. Martę eksplozja odrzuciła do tyłu i dziewczyna upadła na ziemię. Parter stanął w płomieniach. Eksplozja zwróciła uwagę reszty szwendaczy. Marta podniosła się, zabrała broń i usłyszała Pawła, który krzyczał, żeby się stamtąd wynosiła, bo cała reszta żywych trupów zmierza w kierunku mieszkania, które powoli staje w płomieniach. Chłopak zeskoczył z drzewa i omijając grupę sztywnych, którzy przed chwilą jeszcze znajdowali się pod drzewem pobiegł do Marty.
- Już ich nie zostało wiele! - krzyknął - Musimy wrócić po resztę i amunicję!
- Oby im się nic nie stało. - powiedziała Marta
Upewnili się, że na drodze nie ma zombi i pobiegli do mieszkania, w którym trzymali broń.

- Kurwa. - przeklął pod nosem Denis - Co to był za wybuch?
Chłopak z opatrzonymi ranami opuścił budynek i udał w stronę dymu. Zauważył, że cały budynek stoi w ogniu. Na szczęście padał deszcz, który nie dopuści do rozprzestrzenienia się pożaru i go z czasem ugasi. Wte usłyszał za jego plecami sztywnego. Chłopiec odwrócił się trzymając rewolwer i zrobił krok do tyłu. Tak niefortunnie stanął, że się poślizgnął na błocie i upadł. Rewolwer wypadł mu z dłoni i wpadł do kałuży. Przeciwnik rzucił się w stronę leżącego w błocie Denisa, który próbował znaleźć w kałuży jego broń. Wtedy padł strzał. Zombi upadł, a za nim zobaczył Denis swoją dziewczynę.
- Mówiłem ci, żebyś się nie ruszała stamtąd. - rzekł chłopak
- Martwiłam się. - odpowiedziała dziewczyna - Jak widać słusznie. Co ci się stało?
- Później opowiem. Masz jeszcze strzały?
- Mam.
- To daj mi rewolwer. Nie zostało już dużo tych zombiaków.

Marta i Paweł dotarli do domu. Wzięli broń i pobiegli z powrotem. Zauważyli też, że brakuje jednego karabinu maszynowego...

- Zrobię to. - powiedział do siebie Marcin
Chłopak w rękach trzymał karabin i celował w znajdujących się kilkanaście metrów od niego grupy zombi stojącej pod palącym się domem. Na jego widok ruszyli w jego stronę. Marcin po chwili walki ze samym sobą nacisnął spust trzymając mocno broń. Jej moc lekko nim potrząsała, ale była skuteczna. Czasami udało mu się trafić w głowę. Pozbył się w taki sposób kilkunastu zombiaków, czyli prawie połowę z pozostałych tam pod domem. Opuścił na ziemię karabin, jego ręce pulsowały i przechodził przez nie straszny ból. Cofał się powoli do tyłu i wyjął rewolwer. Za nim pojawił się Denis z Oliwią. W trójkę zaczęli strzelać do pozostałych sztywnych. Po chwili do tej trójki dołączyła również Marta z Pawłem. Razem pozbyli się reszty zombi. Przetrwali...
- Nic nikomu się nie stało? - zapytała Marta
- Wszyscy są cali - odparł Denis - Coraz mocniej pada. Musimy zabrać znalezione rzeczy i wrócić do mieszkania.
- Myślę, że warto przeprowadzić się do tego dużego domu z garażem. - rzekł Marcin - Chodźcie, pokażę wam.
Razem poszli zobaczyć nowe mieszkanie i poparli pomysł Marcina. Godzinę zajęła im przeprowadzka i przenoszenie znalezionych rzeczy. Broń również złożyli w nowym domu. Wszyscy po kolei się poszli umyć, po czym się przebrali, w świeże, nowe ubrania i spotkali się na kolacji, aby obgadać cały dzień.
Po kolacji wszyscy zmęczeni udali się spać. Denis z Oliwią spali w sypialni, a reszta w osobnych pokojach należących prawdopodobnie do dzieci. Denis był szczęśliwy, że dożył kolejnego dnia. Zawdzięczał to Marcinowi i od dzisiaj miał u niego dług...

wtorek, 17 września 2013

Nowe mieszkanie


 B

    Kilka godzin po tym, gdy wszyscy położyli się spać, obudziło ich straszne drapanie i jęczenie dochodzące zza drzwi na strych. Nikt nie zamierzał ruszać się z łóżek, bo wiedzieli, że to pewnie jedno, ewentualnie dwa zombi, ale nagle szafka, którą zabezpieczyli wywróciła się. Wszyscy po tym huku osłupieli i postawili się na proste nogi. Nagle otworzyły się też drzwi. Wszyscy prócz Marcina i Marty, bo nie było jej wtedy w łóżku, jak i w mieszkaniu, wyszli na korytarz zobaczyć co się stało i zobaczyli dość sporą grupkę sztywnych. Musieli być to poprzedni mieszkańcy tego domu. Było ich 7, byli różnego wieku. Najmłodszy miał może z 7-8 lat. Denis, jako iż był jedyny sprawnym wtedy chłopakiem wziął nóż i prosił Oliwie by mu pomogła. Dziewczyna bez chwili wahania i zastanowienia zgodziła się.
- Ufff, skończyliśmy. Ciężko było. Musimy sprawdzić czy ktoś jeszcze nie został na strychu, byśmy nie mieli kolejnej takiej niespodzianki. – Powiedziała dziewczyna.
- Jasne! To na co czekamy? – Odparł chłopak.                                          
Kolejne 15 minut Denis i Oliwia spędzili na przeszukiwaniu strychu. Gdy zeszli na dół zobaczyli, że trupów jest tylko 6, a na początku naliczyli 7 sztywnych. Od razu, bez zastanowienia pobiegli do pokoju, w którym czekał na nich Marcin. Zaraz przed wejściem zobaczyli plamę krwi na podłodze, przerażeni wbiegli z grymasem na twarzy do pokoju i zobaczyli leżącego Marcina w zakrwawionej  pościeli, trzymającego nóż. Marcin był przerażony po tym co się stało. Z trudem przełyka ślinę.
- Marcin! Jezu Marcin?! Żyjesz?! Boże Święty! – Wrzasnął przerażony Denis  
- Nieee, mi się nic nie stało, na szczęście miałem nóż pod poduszką na wszelki wypadek. Gorzej z szwendaczem. – Zażartował chłopak
- Wybacz nam, musieliśmy go przeoczyć podczas wybijania reszty. – Mówi Oliwia.
- Eeeee, a gdzie jest Marta? – Spytał przerażony Marcin
- Myśleliśmy, że była z Tobą całą noc. – Odpowiedział Denis.
- Obudziłem się i jej nie było, nie ma pojęcia gdzie jest. Kurde, a jak ona…….? – Mówi Marcin i w jego oczach było widać przerażenie i strach.
- Nawet tak nie myśl!! Jeżeli gdzieś poszła, to na pewno wróci! Miejmy nadzieje! – Denis starał się podtrzymać wszystkich na duchu.
    Kolejne godziny były dla nich nieprzespane i męczące, od słuchania zza okna jęczenia sztywnych. Gdy tylko słońce się pokazało na horyzoncie, zaraz zrobili śniadanie i wybrali się przeszukać cały budynek. Także Marcin się z nimi wybrał, bo nie miał już ochoty leżeć. Zaczęli od przeszukania pokoju gościnnego. Pokój był dość spory, na jednej ze ścian było wyjście na taras. Na zewnątrz był pięknie zdobiony ogród,  a także duże podwórko pokryte zieloną trawą. Za płotem był sad i ogródek. W pokoju było kilka szafek. Każdy zaczął przeszukiwać. Gdy Oliwia otworzyła jedną z dolnych szafek, zobaczyło coś co zszokowało ich wszystkich.
- O kurwa! Chodźcie szybko tu! – Wrzasnęła dziewczyna.
Chłopacy podbiegli przerażeni, że coś się stało.
- Boże, przecież teraz to możemy tu zostać na dłuższą chwile! – Powiedział uradowany Marcin.
- No tak, z tym to łatwo się żyje w czasach zombi… Ale jest mały problem, kto z nas potrafi tego używać?
- Jak na razie możemy używać zwykłych pistoletów ewentualnie rewolwerów, jest tam kilka więc starczy dla naszej czwórki. – Mówi Denis.
- Ale zauważ, że nie tylko są same pistolety i rewolwery, są też karabiny maszynowe. Kiedyś musimy się nauczyć z tego strzelać. Akurat mamy duże podwórko, wokół mnóstwo sztywnych, więc możemy popróbować prawda? – Zasugerowała dziewczyna.
- Jasne, ale to nie dziś. Dziś musimy dokończyć przeszukiwanie mieszkania. – Odpowiedział ranny chłopak.
Całą resztę dnia spędzili na przeszukiwanie domku. Nie znaleźli nic bardzo przydatnego prócz kilku latarek, baterii, radia, komórek i całej szafy wypełnionej płytami z muzyką i filmami. Lodówka była pełna jedzenia, niektóre było już zepsute i spleśniałe, ale większość była nadal zdatna do jedzenia. W szafkach kuchenny poznajdowali przeróżne herbaty, kawy, przyprawy.
- Musieli tu mieszkać bogaci ludzie. – Wyszeptała Oliwia.
- No tak, ten facet co postrzelił Marcina z balkonu musiał też pewnie tu przyjść, bo nie wyglądał jakby tu mieszkał. – Mówi chłopak.
     Wieczorem, tuż po kolacji otworzyli pudełko, które znaleźli w szafie z płaszczami.
- To pewnie jest ta rodzina, która tu mieszkała. – Z przykrością mówi dziewczyna
- Tak, z pewnością. Widać, że byli szczęśliwi.
W pudełku były albumy ze zdjęciami, a także różne pamiątkowe rzeczy. Dochodziła godzina 22:00, słońce już dawno zaszło za horyzont. Ciemno, na szczęście mieli akumulatory, które znaleźli w piwnicy. Mogli przez to mieć zasilony w prąd cały dom.
- A Marty jak nie było, tak nie ma! Ciekawe gdzie poszła, chyba by nas nie zostawiła. – Mówi przerażona Oliwia.
- Na pewno nie, zobaczysz, zaraz przyjdzie. – Pocieszał ją Marcin.
     Zaczęli powoli układać się do snu po długim i męczącym dniu. Na dworze nadal było słychać jęki, tego czegoś co niegdyś było ludźmi.

poniedziałek, 16 września 2013

Chcąc odpocząć.

  B    
      Czasami w życiu przychodzi taki moment, że zadajemy sobie pytanie ,,dlaczego?". Marta właśnie go przeżyła. Pod osłoną nocy wymknęła się ze swojej ostoi,  by przemyśleć parę spraw w zupełnej ciszy i spokoju. Starała się dojść do tego, co ją tu trzymało. Towarzysze, choć mili, nie byli jej przyjaciółmi, zaś obcymi osobami. Łączył ich tylko wspólny cel. Ale jaki? Przetrwanie?
           Dziewczyna usiadła na mokrym, zimnym kamieniu ,,dostaniesz wilka!"- zawsze powtarzała jej mama. Teraz zabrakło tej kobiety, jej niebyt wywoływał rażącą tęsknotę w sercu córki. Agata - bo tak miała na imię owa pani - mawiała też ,,Bóg tak chciał", lecz czy teraz powiedziałaby to samo?
- SKORO TAK CHCIAŁ TO JEST PIERDOLONYM EGOISTĄ, KTÓRY MA LUDZI ZA NIC. - krzyknęła Marta, sama do siebie, w pusty las. Echo roznosiło się w każdym kierunku, sprawnie zwiedzało skwerki, dziuple, nory, docierając tym samym do nieproszonego gościa.
            Rozkojarzona Marta wyjęła nóż, kiedyś ten sam służył jej do krojenia chleba, teraz wiadomo, że nigdy nie uda się go już pogodzić z tą rolą. Mając czas, bohaterka zdążyła się przyjrzeć nadchodzącemu zombie. -  Za życia nie był taki groźny - pomyślała. Zombie, które zmierzało w jej stronę mogło mieć za życia 9 lat, to chłopiec z włosami w kolorze blond i gustownym (choć już podartym) niebieskim płaszczyku. Myśl o niewinnej osobie, którą musiało to spotkać wywołała łzy. Pojedyncze krople spływały po policzkach, niedługo po tym usta wypełnił słonawy smak. Nie była do niego przyzwyczajona, płakała może cztery razy w życiu, czyli (jak ona twierdzi) o cztery za dużo. Ściskając mocniej nóż w dłoni powoli zbliżyła się do potwora. Pogładziła ostrze -  było jak nowe - w takich chwilach jak ta, można się cieszyć, że nie posiadało się tych drogich noży ceramicznych. Swoją drogą - są gówniane.
         Marta obierała punkt, miała czas, by perfekcyjnie wymierzyć w środek głowy zdechlaka. Odważnym, precyzyjnym ruchem wbiła lśniące ostrze w jego czaszkę. Po wszystkim przytrzymując nieruchome ciało umarlaka wyjęła szybkim pociągnięciem nóż z jego czoła. Odruchowo powąchała czerwoną od krwi stal i wytarła ją o spodnie.
 - Fuj... To obrzydliwe. Zawsze robisz takie rzeczy? - powiedział nieznany człowiek, stojący gdzieś za nią. Wyrósł jak spod ziemi. Marta zacisnęła dłoń w swojej pięści, teraz nie była w stanie się wyślizgnąć. - Dziewczyno, z taką zabawką to możesz co najwyżej ziemniaki obierać.
- Takie jest jej przeznaczenie. - odpowiedziała ochryple.
- Patrząc na to co zrobiłaś przed chwilą, mogę być pewny, że obieranie warzyw wygląda nieco inaczej. - uśmiechnął się podle.
- Facet nie będzie mnie uczył jak się posługiwać nożem kuchennym.
- Kuchennym to może i nie, ale mam coś co może Cię zainteresować. - szyderczy uśmiech nie schodził mu z twarzy, nawet gdy sięgał do walizki pełnej rozmaitej broni, pistolety, noże myśliwskie, scyzoryki, wszystko miał w swoim wyposażeniu.- To może być twoje.
     Marta wiedziała, że w nieznajomym jest coś niepokojącego. Czego mógł chcieć? Zaufać komuś takiemu to jak głaskać obcego psa - możesz zyskać przyjaciela lub stracić rękę. Można wiele ryzykować, ale wygrać nawet więcej.
- Czego chcesz? - cały czas zaciskała palce.
- Wsparcia, współpracy, przyjęcia do grupy.
- Skąd wiesz, że mam grupę?
- Można powiedzieć otwarcie: obserwuje Cię od sytuacji w kościele.. wiesz.. odkąd to wszystko się zaczęło.
- Jesteś chory. - wycofywała się mówiąc te słowa.
- A Ty nieostrożna. - złapał ją za gardło tak mocno, że zmusił ją do upuszczenia noża.
    Więc to tak umrę - pomyślała. - Mogłoby mi się stać cokolwiek innego w tym świecie krwi i zła, mogłam zostać zjedzona, rzucona na pożarcie...
- Nic Ci nie zrobię. Proszę o trochę posłuszeństwa czy t...? - Nie skończył mówić. Kula pistoletu przebiła mu brzuch, a jego martwe ciało upadło na zimną ściółkę. Marta powoli podniosła głowę znad czerwonej plamy krwi pod jej stopami, sytuacja była dla niej niezrozumiana. Niezidentyfikowana osoba najprawdopodobniej uratowała jej życie.
 - Śmiało, możesz dziękować - powiedział oschle wybawca, wyglądał na zmęczonego i wycieńczonego. Był średniego wzrostu brunetem, mniej więcej w jej wieku.
 - Dziękuje.. - opowiedziała cicho.
    Chłopak podszedł do zastrzelonego mężczyzny i powtórzył to, co zrobił wcześniej, tym razem w sam środek głowy. Brunet był przerażający, przed chwilą zabił innego człowieka, jakby było to dla niego rutyną.
  - Musiałem to zrobić, zmieniają się w te skurczybyki.. - powiedział tym samym ospałym głosem.
  - Skąd się tu wziąłeś?
                                                   ...